czwartek, 26 marca 2015

Rozdział 7

       Nasz dom w L.A. to było coś. Olbrzymi, nowoczesny i przestronny. Dwupiętrowy, z ogrodem i widokiem na oddaloną o zaledwie 10 minut drogi plażę. Moja szkoła znajdowała się tuż za rogiem, podobnie jak galerie handlowe, kluby i kawiarnie.Wystarczył dziesięciominutowy spacer i już stałam pod domem mojego chłopaka. Kochałam to miasto całym sercem, czułam się tam dobrze i beztrosko.
       Przeprowadzka do Zmroku to był prawdziwy kubeł zimnej wody.
       Szłam właśnie ulicą Brzozową i myślałam o licznych wygodach, których zostałam pozbawiona. Wspaniała szkoła, dziesiątki przyjaciół, chłopak na wyciągnięcie ręki... Teraz nie mam nic, a szczególnie dobija mnie fakt, że jedyna osoba, którą dzisiaj poznałam, patrzyła na mnie jak na wroga.
       Co on robił na tym cmentarzu? Nie mogłam pozbyć się z głowy widoku Adama przekraczającego ogromną cmentarną bramę. Może szukał tam przyjaciół. Sądząc po jego aroganckim zachowaniu, w szkole raczej ich nie znajdzie.
       Z ulgą ujrzałam mój nowy, schowany za drzewami, starodawny, ale za to klimatyczny dom. Nie mogłam doczekać się momentu, kiedy przebrana w ulubione dresy wskoczę pod kołdrę, zamknę oczy i odetnę się od wszystkiego, w s z y s t k i e g o, co zdarzyło się w szkole.
       To był fatalny dzień.
       - Iza, kochanie, ja z nim nie wytrzymam! - usłyszałam zaraz po wejściu do domu.
       Przewróciłam oczami i zdjęłam buty.
       - Nie złość się na tatę - rzuciłam w stronę kuchni, gdzie spodziewałam się zastać mamę. - Wiesz, jak on się starał? Ostatecznie granat w sypialni to nie jest taki zły pomysł. - Wzruszyłam ramionami.
       - Jaki granat?! - spytała mama, wychylając się zza ściany. Miała roztrzepane włosy i konsternację wymalowaną na twarzy. - Nie wytrzymam z tym psem! - krzyknęła, bardziej ze smutku, niż ze złości i objęła policzki swoimi zabandażowanymi dłońmi.
       - Mamo - szepnęłam, podchodząc do niej i z trudem hamując ogarniającą mnie falę rozbawienia. - Co się stało?
       - Pogryzł dwa dywany - rzekła.
       - Co? Gdzie on jest? - spytałam i momentalnie zrzedła mi mina.
       - Zamknięty na strychu. Nie pozwolę, żeby zniszczył nasze nowe meble - warknęła bezradna.
       - Na strychu?!
       Pędem wbiegłam po schodach. Otworzyłam drzwi na oścież i moim oczom ukazał się pies-aniołek leżący na ziemi z niewinną minką. Kiedy tylko mnie zobaczył podniósł się natychmiast i podbiegł w moją stronę.
       - Hej, łobuzie - rzekłam do niego z uśmiechem - I coś ty zrobił? Teraz już na pewno nie zyskasz ich sympatii . - Westchnęłam, a on dotknął noskiem mojej ręki. Pogłaskałam go więc i chociaż przez tę krótką chwilę czułam się szczęśliwa.
       - Iza, zbieraj się. Jedziemy do babci - odparł tata, stojąc na progu.
       - Do babci? - Ze zdziwienia szerzej otworzyłam oczy.




***



       Kiedy jako ośmiolatka usłyszałam, że razem z rodzicami przeprowadzę się w nieznany świat, przed oczami stanął mi tylko jeden obraz. Rodzina.
       Pożegnanie z babcią, dziadkiem, kuzynami to był prawdziwy cios. Byłam taka mała, bezbronna, zagubiona. Nie rozumiałam, co się wokół mnie dzieje i dlaczego tak się dzieje. Wiedziałam tylko, że muszę przytulić babcię, obiecać, że będziemy kontaktować się jak najczęściej. Wsiąść do samochodu. I odjechać.
       W trakcie tych ośmiu lat ani razu nie pojawiłam się w Polsce. Oczywiście, widziałam się z dziadkami - 3 lata temu złożyli nam wizytę. Jednak ja w swoim rodzinnym kraju wcale się nie pojawiłam. Co roku już, już, mieliśmy kupować bilet lotniczy, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie. Mój obóz muzyczny, wakacje na Hawajach - zawsze c o ś było na pierwszym miejscu. Po cichu myślę, że zasiedzieliśmy się w Stanach i nie chcieliśmy się stamtąd ruszać. Naprawdę było nam tam dobrze.
       A oni czekali. Często dzwonili. Pytali, co u nas. Mówili, że tęsknią.
       A ja, zachłyśnięta cudownym życiem w Stanach, odpowiadałam, że lepiej być nie może. Z czasem coraz łatwiej przychodziły mi rozmowy z rodziną z Polski. Choć czułam tęsknotę, nie wyobrażałam sobie życia poza Kalifornią.
       Do dziś nie mogę sobie tego wybaczyć. Powtarzam sobie, że byłam tylko dzieckiem, że to normalne. Że rodzina na pewno to zrozumiała. Kiedy wreszcie udało się wygospodarować dwa wakacyjne tygodnie, tata kupił mi bilet.
       A ja odparłam, że nie chcę jechać.
       Prawda jest jednak taka, że zapomniałam o nich, choć oni myśleli o mnie codziennie, każdego dnia.
       Siedząc na fotelu samochodowym, miałam ściśnięte gardło. Czułam ogromne wyrzuty sumienia, bo czy cokolwiek jest w stanie mnie usprawiedliwić? Zakochałam się w moim nowym życiu, zapominając o starym. Jadąc do babci, nawet nie wiedziałam, co u niej słychać. Czy jest zdrowa? A dziadek? Czy Michał zdał maturę? A może jest już na studiach? Czy Natalia nadal gra na gitarze?
       Czy... Czy nam wybaczą?
       - Kochani! - usłyszałam zaraz po wejściu do dwupiętrowego ceglanego domu, którego ścianę porastał zielony bluszcz. Drzewa podrosły, odmiany kwiatów w babcinym ogródku zmieniły się. Jednak wszystko inne pozostało takie samo.
       W tyle, za domem, w cieniu drzew nadal stała stara, drewniana ławka. Moja piaskownica, dawniej najlepsze miejsce zabaw, dziś była zarośnięta chwastami. Ale nadal tam była. Babcia mawiała, że za bardzo przywiązuje się do pewnych rzeczy, a potem nie jest już w stanie pozbyć się ich ze swojego życia. Idąc kolorową ścieżką utworzoną z płaskich kamieni, zauważyłam małe wgłębienie w bramie garażowej. Pamiątka po mojej nieszczęsnej nauce jazdy na rowerze. Ja byłam cała - rower niekoniecznie.
       Uśmiechnęłam się na to wspomnienie.
       - Kochani! - Głos babci sprawił, że wróciłam do życia. - Nareszcie jesteście!
       Potem wszystko działo się jak w transie. Uściski, miłe słowa i łzy wzruszenia, które, mam nadzieję, skutecznie ukryłam. To też nie pasowało przecież do zbuntowanej nastolatki.
       - Babciu - rzekłam wreszcie, gdy Kuba wypuścił ją z objęć trwających dobre kilka minut. A zrobił to tylko dlatego, żeby pobiec do dziadka. - Tak się za tobą stęskniłam! - Przytuliłyśmy się.
       - Wiem Izuś, wiem - Odwzajemniła uścisk, a ja zaśmiałam się serdecznie. Zawsze wymyślała mi ciekawe zdrobnienia.
       Nagle spoważniałam.
       - Przepraszam - szepnęłam jej do ucha.
       - To nic. Dobrze, że jesteś.


***

       Spędziłam czas jak za starych dobrych czasów. Dawno nie czułam się tak dobrze jak wtedy. Jeśli naprawdę miałam uwierzyć, że Polska jest miejscem dla mnie, to nic nie przekona mnie do tego tak, jak moja rodzina.
       Powoli zapadał zmrok. Świeczki ozdobione przez babcię leżały na stole i lekko oświetlały tak znajome mi twarze. Siedzieliśmy na werandzie wszyscy razem, rozmawiając i ciesząc się ostatnimi letnimi dniami. Wysokie drzewa po drugiej stronie szumiały cicho, a ptaki powoli kończyły swój koncert. Słychać było świerszcze. My zajadaliśmy przepyszną szarlotkę babci.
       - Smakuje jak apple pie - zdziwił się Kuba po wpakowaniu pierwszego kęsa do buzi.
       - To nie apple pie, tylko szarlotka, geniuszu. I jest o wiele lepsza - odparłam z uśmiechem.
       Po pewnym czasie w odwiedziny wpadła większa część mojej rodziny - ciocia, wujek i kuzyni. Wszyscy nie mogli się doczekać, aż nas zobaczą. Kiedy uściskałam przybyłych i już chciałam siadać do stołu, usłyszałam za plecami dziewczęcy głos.
       - A o mnie już zapomniałaś? - spytała, a ja nawet bez patrzenia na nią mogłabym przysiąc, że śmiała się od ucha do ucha. - Iza! - krzyknęła, gdy tylko się odwróciłam i rzuciła mi się na szyję. Wszystko działo się tak szybko, że nawet nie zobaczyłam jej twarzy. Jednak aż za dobrze wiedziałam, kto to taki.
       - Natalia! - rzekłam oszołomiona, a jej uśmiech udzielił się i mi. - Tak dawno cię nie widziałam.
       - Całe osiem lat, co? - zaśmiała się i nareszcie puściła moją szyję.
       Nie mogłam uwierzyć. Stała przede mną piękna, ciemnowłosa dziewczyna wyglądająca na połowę liceum. Szybkie obliczenia matematyczne pozwoliły mi ustalić, że moja uśmiechnięta, niebieskooka kuzynka chodzi do drugiej klasy.
       Wszyscy zasiedliśmy przy stole. Natalia, rzecz jasna, obok mnie. Naprawdę dużo rozmawialiśmy. O naszych planach związanych z Polską, o nowym domu, o USA. Głównym tematem rozmów był oczywiście Kuba, który z dziadkami widział się tylko kilka razy w życiu.
       Widziałam doskonale, jak babcia stara się nie poruszać tematów moich przyjaciół czy chłopaka. Kręciła się raczej wokół bezpiecznych terenów, na przykład szkoły. O jedną rzecz jednak nie mogła nie zapytać.
       - A jak idzie ci gra na fortepianie, skarbie? Aż strach pomyśleć, jak bardzo mogłaś podszkolić się przez tyle lat! Zagraj nam coś - zachęciła.
       A ja nie wiedziałam, jakich słów użyć. Jak powiedzieć wszystkim zebranym, że przestałam grać. Że zrezygnowałam z największej pasji, z mojego największego talentu, a powodem był powrót do Polski.
       - Grasz nadal, prawda? - Zmartwiła się Natalia.
       Napotkałam wzrok rodziców. Smutne oczy mamy odradzały mi wyznanie prawdy.
       - Oczywiście, że tak. Ale może kiedy indziej. Jestem bardzo zmęczona.


***


       - Dlaczego przestałaś grać? - Usłyszałam jej drżący, cichy głos. Wpatrywała się w odległe wzniesienia.
       - Skąd wiesz, że przestałam? - szepnęłam.
       - Iza, daj spokój. Znam cię. Wychowałyśmy się razem i żadna rozłąka tego nie zmieni. - Uśmiechnęła się blado.
       Westchnęłam i mocniej ścisnęłam jej dłoń. Wyszłyśmy właśnie z domu babci, kierując się w stronę furtki. Powietrze zrobiło się rześkie, a słońce już dawno schowało się za horyzontem. Wysokie trawy w oddali rytmicznie kołysały się pod wpływem wiatru. I tylko cykanie świerszcza raz na jakiś czas przerywało wieczorną ciszę.
       - Nie gram od dnia, kiedy decyzja o powrocie została podjęta.
       - Ale dlaczego? - Natalia nie kryła zaskoczenia.
       Opowiedziałam jej zatem o wszystkim. O mojej znajomości z Danem, o wspólnych wieczorach przy pianinie. O tym, jak bardzo zbliżała nas do siebie muzyka.
       - Nie chcesz grać bez niego, prawda? - spytała cicho.
       Tylko pokiwałam głową. Gula w gardle rosła z każdą sekundą rozmowy, oczy stawały się coraz bardziej szkliste. Nienawidziłam tego tematu z całego serca.
        - Kochanie... - zaczęła Natalia, patrząc na mnie szeroko otwartymi oczami - Przecież ty masz ogromny talent.
        - Jakie to ma teraz znaczenie?
       Obie milczałyśmy.
       - Chodź - rzekła wreszcie - Zabiorę cię gdzieś. Pewnie nie pamiętasz już tego miejsca.


       - Uwierzysz, że kiedyś przychodziłyśmy tutaj codziennie? - Jej oczy błyszczały radośnie w ciemności wieczora. - Siadałyśmy na kolorowym kocu starannie złożonym przez babcię i jadłyśmy podwieczorek.
       - Pamiętam - rzekłam, przywołując na myśl wspomnienia z dzieciństwa - Grałaś na gitarze, a ja śpiewałam.
       Siedziałyśmy na małym pomoście nad rzeką. Jej nurt płynął powoli, prawie niezauważalnie. Drzewa rozkosznie szumiały, świetliki otaczały nas z każdej strony. Piękno polskiej wsi coraz bardziej mnie zaskakiwało.
       - A pamiętasz, jak chciałaś przejść po zamarzniętym lodzie na drugi brzeg rzeki? - spytała Natalia, a jej radosny śmiech przerwał wieczorną ciszę. - Całe szczęście, że było płytko!
       - Pamiętam - odparłam - Aż do wieczora musiałam wygrzewać się w ciepłym łóżku i popijać herbatę z miodem, taka byłam zmarznięta. A ty pocieszałaś mnie grą na gitarze. - Uśmiechnęłam się do niej. Nagle zamarłam. Gitara, skrzypce... - A jak właściwie wygląda teraz twoja muzyczna kariera? - spytałam zażenowana faktem, że tak naprawdę nie wiem, co działo się w życiu mojej kuzynki przez ostatnie osiem lat.
       Od kiedy tylko pamiętam, Natalia grała na skrzypcach. Rzadko kiedy można było spotkać ją bez futerału pod pachą. Miała ogromny talent, bez dwóch zdań. Nasze wspólne koncerty dla babci były czymś w rodzaju rodzinnej tradycji - moja gra na pianinie, jej na skrzypcach. Kochała to robić. I choć z czasem zaczęła swoją przygodę z gitarą, jej miłość do skrzypiec i smyczka nigdy nie zmalała.
       - Dobrze - Uśmiechnęła się i przeczesała palcami swoje lśniące, ciemne włosy. - Niedługo ukończę szkołę muzyczną. Raz na jakiś czas grywam w musicalach. Kocham to robić, skrzypce pozwalają mi zapomnieć o całym świecie... - Zamyśliła się.- W wolnym czasie grywam też na gitarze w moim amatorskim zespole. - W uśmiechu pokazała swoje równe, białe zęby.
       - W zespole? - spytałam z entuzjazmem.
       - Tak. Ale gitara to tylko mała odskocznia. Skrzypce są dla mnie numerem jeden.
       Mocniejszy wiatr otulił moją delikatną skórę. Obciągnęłam rękawy babcinego swetra i przymknęłam powieki. Siedziałam nad rzeką wraz z moją kochaną kuzynką, nad nami wznosiły się wysokie drzewa, a dookoła cykały świerszcze. Trudno uwierzyć, że jeszcze kilka dni temu moje życie wyglądało zupełnie inaczej. I chyba jeszcze trudniej uwierzyć w to, że po raz pierwszy od przyjazdu czułam się dobrze.
        Jednak nic nie trwało wiecznie.
        - Iza... - zaczęła ostrożnie. - Pamiętam doskonale, jaką radość sprawiała ci gra na pianinie. Tak bardzo to kochałaś. Nie możesz pozwolić, żeby cokolwiek ci tę radość zniszczyło. 
       Uniosłam powieki. Tym razem patrzyła mi prosto w oczy, a jej twarz przykrywał smutek.
        - Żeby to było takie proste... - rzekłam wymijająco. Naprawdę ciężko było mi o tym rozmawiać.
        - Iza, kochanie, musisz się przełamać - szepnęła.
        - Problem w tym, że... - zaczęłam, nie wiedząc, jak skończyć. Spojrzałam na Natalię i po chwili słowa popłynęły same. - Nie wiem, co się ze mną dzieje. Nie rozumiem tego. Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałabym zadowolić rodziców, babcię, ciebie. Jak bardzo chciałabym, żeby było tak, jak dawniej. Ale nie potrafię. - Po policzku spłynęła mi pierwsza łza. - Za każdym razem, gdy podchodziłam do pianina, coś w środku nie pozwalało mi położyć palców na klawiszach.
       Znów milczałyśmy dłuższą chwilę.
       - Ja wiem, dlaczego tak się dzieje - rzekła Natalia zagadkowo, a ja podniosłam wzrok. - "Muzyka wyraża to, co nie może być wypowiedziane i co nie może być stłumione", jak zwykła mawiać moja nauczycielka. Muzyka pobudza najgłębsze wspomnienia, największą radość i największy ból. W twoim sercu jest teraz blizna i nic dziwnego, że muzyka tę bliznę podrażnia. Ale wiesz co? - Spojrzała na mnie. - Tylko ona jest w stanie ci pomóc.
       - A ty miałaś kiedyś coś takiego? - wyszeptałam.
       - Oczywiście! Ileż razy nie potrafiłam grać pewnych melodii, bo przypominały mi one sprawy, o których pragnęłam zapomnieć. - Westchnęła. - Takie już jesteśmy, Iza. Małe, zbyt uczuciowe wrażliwce. - Uśmiechnęła się blado.
       Też się uśmiechnęłam. Tak dobrze mi się z nią rozmawiało.
       - Więc co proponujesz? - spytałam, krzyżując zmarznięte ręce na piersi.
       - Musisz się przełamać, kochanie. Nie możesz zaniedbać takiego talentu.
       Rozmawiałyśmy jeszcze kilkanaście minut na mniej lub bardziej ważne tematy. Wiatr wiał niemiłosiernie, wyginając nadrzeczne rośliny we wszystkie strony. Kiedy wstałam, Natalia przytuliła mnie mocno i rzekła, że jeśli tylko będę jej potrzebowała, będzie pod telefonem. Opuściłyśmy malownicze miejsce nad rzeką i w zamyśleniu skierowałyśmy się mrok, w stronę domu babci. Niebo oświetlił księżyc.



1 komentarz:

  1. O! Mieszkałam kiedyś na Brzozowej :) Fajnie, miło się czyta; potrafisz zaciekawić czytelnika :)
    historia-piorem-pisana.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Nie publikuję komentarzy typu:
Świetny blog, zapraszam do mnie! abcdefg.blogspot.com
Nie wymieniam się obserwacjami. Za każdy szczery komentarz bardzo dziękuję!