niedziela, 22 lutego 2015

Rozdział 6

       - Witam wszystkich, również spóźnionych, na pierwszych w tym roku zajęciach koła teatralnego. - Usłyszałam, wchodząc do ciemnej sali. Byłam niemal pewna, że wzmianka o spóźnionych była kierowana do mnie.

        Zajęłam miejsce w rogu. W sali stała grupa około trzydziestu osób, wszyscy z uśmiechami na twarzach, jakby znali pana Wojciechowskiego od lat. I od lat uczestniczyli w jego przedstawieniach. Ale się wkopałam.
        Podczas gdy nauczyciel przedstawiał nam plan pracy na najbliższy rok, ja rozejrzałam się po pomieszczeniu. Większość okien przykrywały zasłony, co wprowadzało klimat rodem z "Harrego Pottera". Z sali pozbyto się również ławek - zapewne była przystosowana idealnie do spotkać koła teatralnego. Ta szkoła coraz bardziej mnie zaskakiwała.
         Ludzi było tak wielu, że dopiero po dłuższej chwili zauważyłam pana Wojciechowskiego i miejsce, w którym stoi. A stał na ogromnej scenie, wysokiej na prawie metr i zajmującej sporą część sali. Stałam zdumiona, zastanawiając się, skąd wytrzasnął taką konstrukcję.
         Był to wysoki, starszy, ale dobrze zbudowany mężczyzna. Na nosie miał okulary, a jego włosy przykrywała lekka pierzyna siwych kosmyków. Na moje oko miał 50 lat i wzbudzające zaufanie oczy. Stanęłam w kącie z zamiarem wysłuchania jego przemówienia.
        W pewnej chwili moje oczy wypatrzyły chłopaka. T e g o chłopaka.
        Cholera. Przecież wchodził do tej sali. Jego koszula nadal była mokra, ale coś się w tym dupku zmieniło. A, tak. Na jego twarzy pojawił się uśmiech. Stał bokiem do mnie i uśmiechał się w kierunku nauczyciela. Widać było, że się znają.
        Postanowiłam nie zwracać uwagi na t e g o człowieka. Przeniosłam wzrok na pana, który zdążył już skończyć przemówienie i zeskoczyć ze sceny.
        - Widzę tu wiele nowych twarzy. To dobrze - mówił - Nie mogę się już doczekać pracy nad nowymi talentami. - Puścił do nas oko.- Jednak zanim zaczniemy konkretną pracę, musimy się lepiej poznać. O mnie już co nieco wiecie, teraz czas na was. Pokażcie, co potraficie - rzekł z radością i poprawił spadające mu z nosa okulary. - Dobiorę was w pary i popracujecie trochę razem, a ja zobaczę, z kim mam do czynienia! - Po tych słowach zaśmiał się serdecznie.
        Uśmiechnęłam się także. Cholera, świetny facet. Artystyczna dusza, choć to było do przewidzenia. Myślę, że się dogadamy.
        W sali zapanował chaos. Uczniowie zaczęli łączyć się w pary, co nie spodobało się nauczycielowi. Zmarszczył brwi i krzyknął.
        - Co to, to nie. W teatrze nie zawsze możemy pracować z ludźmi, z którymi chcemy pracować. - Spojrzał na nas znacząco. 
        I zaczęła się zabawa. Pan Wojciechowski biegał po sali, dobierał w pary wszystkich, bez wyjątku, a gdy zobaczył cień zniesmaczenia na chociaż jednej twarzy - czuł się spełniony, bo o to właśnie mu chodziło. 
       - Musicie się nauczyć, że teatr to jest ściema. Udawanie. Blef. Przez jeden krótki moment osoba, której nie znosicie, ma być dla was przyjacielem, żoną, kochankiem. A wy macie tak zbajerować publiczność, żeby wychodząc z teatru mówiła "Co za wspaniali aktorzy! Pewnie są prawdziwymi przyjaciółmi w prawdziwym życiu!".
       Na sali słychać było śmiechy. W końcu nauczyciel podszedł do mnie.
       - Ciebie też widzę po raz pierwszy, a nie wyglądasz mi na pierwszoklasistkę. Czyżbyś była  t ą  dziewczyną z  A m e r y k i? - Zaśmiał się, jednak nawet to nie pomogło - byłam na niego wściekła, za takie określenie.
       - Mhm - odparłam zdenerwowana spojrzeniami skierowanymi w moją stronę.
       - Zaraz ci kogoś znajdziemy - rzekł i zaczął prowadzić mnie na drugi koniec sali.
       W pewnej chwili zorientowałam się, dokąd zmierza. Mało brakowało, a zaczęłabym się zapierać rękami i nogami, niczym przed wizytą u dentystki. Czułam się jak skazaniec, który może mieć ostatnie życzenie przed śmiercią.
       Ja.
       Nie chcę.
       Z nim.
       Grać.
       - Adaś, nie chowaj się tak. - Zaśmiał się nauczyciel. - I tak cię znajdę! - rzekł do wysokiego szatyna, który - z niewiadomych przyczyn - miał koszulę solidnie zachlapaną żółtym napojem.



*** 


       - To znowu ty? Czym sobie zasłużyłem? - rzekł chłopak z grymasem na twarzy. I wcale nie brzmiało to jak żart.
       Pan zdążył już nas opuścić i tanecznym krokiem wskoczyć na scenę. My natomiast staliśmy naprzeciw siebie. Moje oczy zapewne ciskały błyskawice, on jednak zdawał się być nad wyraz spokojny. Co nie znaczy, że był zadowolony ze swojej pary do ćwiczeń. Wydawało mi się, że najchętniej wymieniłby mnie na każdego człowieka w promieniu kilometra, nawet na przesłodką panią woźną.
       - Nie mam zamiaru z tobą dyskutować - rzekłam z niesmakiem. Nie jestem w stanie ująć w słowa to, jak bardzo ten człowiek działał mi na nerwy. Jeszcze nigdy nie spotkałam kogoś, kto po pięciu minutach od poznania mojej osoby potrafiłby doprowadzić mnie do białej gorączki. Choć, w gwoli ścisłości, my nawet się nie poznaliśmy. - Wylałam na ciebie herbatę i bardzo cię za to przepraszam, okej? - spytałam, starając się nie patrzeć mu w oczy. - Koniec tematu.
       Nic nie odpowiedział. Patrzył na mnie tymi wielkimi oczami z wyższością i uśmiechał się ironicznie. Przysięgam, w tym uśmiechu nie było nic przyjaznego.
       Ale się wkopałam, idąc do tej szkoły.
       - Dobrze, kochani. Jak wiecie, teatr to nie bułka z masłem. Jeśli ktoś z obecnych uważa inaczej - myślę, że za parę chwil przyzna mi rację. - Pan Wojciechowski zaśmiał się serdecznie. - Gotowi na pierwsze ćwiczenie? Stańcie naprzeciw siebie. O tak, wspaniale. Spójrzcie sobie w oczy i powiedzcie "kocham cię".
       Byłam pewna, że musiałam coś źle usłyszeć. Co to za pomysł? Stoi przede mną arogancki koleś, którego w dodatku nie znam, a ja mam mu wyznawać miłość? W takim razie daruję sobie to aktorstwo.
       - I co, chcesz zacząć? Czy za bardzo się boisz? - spytał szatyn z głupkowatym uśmieszkiem.
       - Daruj sobie - warknęłam.
       - To ja powinienem się bać. Jeśli się wkurzysz, może jeszcze raz oblejesz mnie gorącą herbatą! - Parsknął śmiechem.
       Nie muszę chyba mówić, że tylko dolał oliwy do ognia.
       - Posłuchaj... - zaczęłam tonem nieznoszącym sprzeciwu, jednak nauczyciel mnie wyprzedził.
       - I jak wam idzie? Adaś? - rzek, idąc w nasza stronę.
       - Wspaniale. - Uśmiechnął się.
       - W porządku. To może nasza nowa koleżanka zacznie. Jak masz na imię?
       - Iza - odparłam, unikając ich wzroku.
       - Zacznij, Izo.
       Spojrzałam w oczy Adamowi i... przyznaję, nerwy wzięły górę. Byłam tak wkurzona, jak chyba jeszcze nigdy. Sama nie wiem, dlaczego. Burknęłam coś w stylu "kocham cię" tonem zimnym, chamskim i jakby zupełnie nie moim.
       Chłopak triumfował. Widać to było w jego oczach - cieszył się z mojej porażki.
       - Nie, nie, nie, nie - oponował nauczyciel. - Tak nie można! - Uśmiechnął się ciepło i zwrócił do całej grupy - Macie wyznać sobie miłość, najpiękniejsze uczucie, jakie istnieje na tym świecie. Nie ważne, czy znacie się, czy nie, lubicie, czy nienawidzicie się nawzajem. Na tę chwilę jesteście aktorami i tylko to się liczy.
       - Przecież nie jesteśmy aktorami - wtrącił niski, trochę przysadzisty chłopak w okularach. - Poza tym nie jesteśmy na scenie, ani w teatrze. Po co to?
       Pan westchnął.
       - "Jeśli dwóch ludzi rozmawia, a reszta słucha ich rozmowy – to już jest teatr" - rzekł, cytując sama nie wiem, kogo. Pod koniec zajęć zdążyliśmy już zauważyć, że nauczyciel uwielbia wszelkiego rodzaju teatralne cytaty.
       - Wracając do was - powiedział pan Wojciechowski do mnie i Adama - Macie grać, oszukiwać wszystkich dookoła. Izo, jeśli jest ci ciężko... Wyobraź sobie, że na jego miejscu stoi twoja miłość. Jak byś chciała wyznać jej uczucia?
       Zawahałam się. Przed oczami stanął mi Dan - opalony, na brzegu morza, z piłką do koszykówki pod pachą. Nagle zrobiło mi się tak bardzo smutno. Tak cholernie za nim tęskniłam.
       - Kocham cię - rzekłam w stronę Adama, nie patrząc mu nawet w oczy, a w myślach kierowałam te słowa do kogoś zupełnie innego. Pewnego szesnastolatka z drugiego końca świata, ze słonecznej Kalifornii.
       Pan Wojciechowski przyklasnął na znak, że spełniłam jego oczekiwania.



***


       Przyznaję, zajęcia koła teatralnego totalnie mnie wciągnęły. Nawet beznadziejny partner do ćwiczeń nie popsuł mi tych dwóch godzin. Zasadniczo mieliśmy obejrzeć krótki film, jednak nauczyciel tak się rozgadał, że zostało jedynie odłożyć to na następny tydzień. Choć tak naprawdę to my cały czas chcieliśmy kontynuować rozmowę z nim. Pan Wojciechowski to dla mnie ideał nauczyciela. Miły, z ogromną wiedzą i świetnym podejściem do uczniów. Przez całe zajęcia mówił o teatrze. O tym, skąd się wziął i dlaczego jest potrzebny człowiekowi.
       - Teatr jest najważniejszą rzeczą na świecie, gdyż tam pokazuje się ludziom, jakimi mogliby być, jakimi pragnęliby być, choć nie mają na to odwagi, i jakimi są.
       W kółko zasypywał nas cytatami. A my chcieliśmy więcej i więcej. Aż żal mi się zrobiło, kiedy zajęcia chyliły się ku końcowi.
       Na pożegnanie nauczycielowi wpadł do głowy pomysł.
       - Poczekajcie chwilę. Byłbym zapomniał. Proszę was, abyście na następne zajęcia przygotowali w parach krótką inscenizację. Tematem może być... - Tu zawahał się na moment. - Niech tematem będzie utrata, samotność, strata kogoś bliskiego. To nam pomoże w przyszłych pracach. Aha, proszę was bardzo, abyście pracowali w parach, które dziś utworzyłem. - Uśmiechnął się.
       A mi zrzedła mina. Nie mogłam uwierzyć, że przez następny tydzień będę musiała użerać się z Adamem. Nie miałam ochoty na tworzenie z nim tej inscenizacji, powiem więcej - nie miałam w ogóle ochoty na jego towarzystwo. Z posępną miną chwyciłam torbę i opuściłam salę.
       - Hej, księżniczko - usłyszałam za plecami - Masz jakiś pomysł na tę scenkę? - spytał ze zniecierpliwieniem wysoki szatyn. Po dwóch godzinach jego koszulka wyschła już całkowicie, pozostawiając po sobie dość sporą plamę.
        Przyznam, że byłam zdziwiona nagłą zmianą jego zachowania. Czyżby ponad dwugodzinne zajęcia w parze przełamały lody?
       - No proszę, moje zdanie zaczęło cię interesować? - spytałam chłodno.
       - Ależ skąd. Chcę po prostu wypaść za tydzień jak najlepiej, a że to praca w parach - muszę upilnować moją niedoświadczoną koleżankę. - O dziwo, wcale sobie nie żartował. On mówił ś m i e r t e l n i e poważnie.
       Pacan.
       - Więc co proponujesz? - spytałam zniecierpliwiona. Nie miałam ochoty nawet udowadniać mu, że jestem bardziej doświadczona, niż mu się wydaje.
       - A co proponujesz ty? - Nie dawał za wygraną.
       Popatrzyłam na niego. Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że nie rozumiem płci przeciwnej.
       - Utrata, samotność... - zaczęłam wyliczać. - Większość par przygotuje pewnie scenkę o młodzieńczej miłości, złamanym sercu i tak dalej. Ale to chyba nie jest najlepszy pomysł. - Westchnęłam i skierowaliśmy się w kierunku wyjścia z budynku.
       Wiał mocny wiatr. Żałowałam, że nie wzięłam kurtki.
       Adam patrzył na mnie i czekał, aż coś wymyślę. Czyżby pan i d e a l n y aktor miał zastój weny twórczej?
       - Wiem! - krzyknęłam uradowana. - Postawmy na rodzinę. Mogę być na przykład twoją matką - chorą na raka kobietą, którą kochasz. W połowie scenki umieram, a ty... opowiadasz publiczności swoje przeżycia? Co ty na to?
       Nagle sarkastyczny uśmiech zniknął z jego twarzy. Jego ciemne oczy spojrzały na mnie w taki sposób, że zrobiło mi się jeszcze chłodniej. Po plecach przebiegł mi dreszcz.
       - To zły pomysł? - spytałam zdezorientowana.
       - Nie zrobimy tego - odparł.
       - Jak to? Dlaczego? - Czułam się zbita z tropu.
       - Po prostu nie. Owszem, to bardzo zły pomysł. Lepiej nie bierz się więcej za wymyślanie fabuły. Zostaw to mnie - rzekł lodowatym tonem i bez słowa zaczął się oddalać.
       Co za pacan. Kretyn. Idiota. Nie wierzę, że spotkałam na swojej drodze kogoś takiego.
       - Możesz mi łaskawie powiedzieć, co ci się w tym pomyśle nie podoba?! - krzyknęłam za nim, a do oczu napłynęły mi łzy.
       Odkręcił się w moją stronę na ułamek sekundy, bezczelnie pomachał ręką na do widzenia i opuścił teren szkoły.
       Dlaczego musiałam trafić na kogoś takiego? Co do cholery jest ze mną nie tak?
       Z posępną miną ruszyłam w kierunku przystanku autobusowego. Pojazd przyjechał nieco po czasie, za to udało mi się znaleźć wolne miejsce. Szybko wyjęłam słuchawki i już po chwili cały hałas ucichł, a problemy choć na moment stały się mniej ważne.
       Patrzyłam na oddalające się budynki i drzewa. Wyglądały zupełnie tak, jak tamtego pamiętnego dnia, kiedy pierwszy raz się tu pojawiłam. A mój nastrój wcale się nie polepszył.
       Autobus zwolnił, podjeżdżając na przystanek. Moim oczom ukazały się grube mury, ponad którymi wznosił się las krzyży, krzyżyków i innych religijnych posągów. Lokalny cmentarz.
       Lekko podniosłam głowę. Wpatrując się w ceglany mur zauważyłam wysokiego chłopaka podążającego w kierunku bramy. Chłopak ten miał włosy zmierzwione przez wiatr i jasnoniebieską koszulę, na której nawet z tej odległości można było dostrzec sporą plamę.
       Ze złością kopnął jakiś przedmiot leżący na ziemi. I wszedł na teren cmentarza.

2 komentarze:

  1. masz talent i to bardzo dobry :* POZDRAWIAM i polecam :) http://mywaays.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Nie publikuję komentarzy typu:
Świetny blog, zapraszam do mnie! abcdefg.blogspot.com
Nie wymieniam się obserwacjami. Za każdy szczery komentarz bardzo dziękuję!