niedziela, 8 lutego 2015

Rozdział 4

       Staliśmy tak oboje.
       Patrzyliśmy sobie w oczy.
       Ja i on.
       Przerażona nastolatka i mały, machający ogonem bigiel.
       - Ale mnie przestraszyłeś! - rzekłam w jego stronę, próbując złapać oddech. Musiałam wyglądać naprawdę komicznie. Kiedy mój mózg zaczął pracować stosunkowo normalnie, podeszłam do psiaka i bez obaw wyciągnęłam w jego kierunku rękę. Mama z całą pewnością zabroniłaby mi nawet zbliżać się do obcego przybysza z lasu, ale dziwnym trafem, wcale się tym nie przejęłam.
       - Co ty tu porabiasz? - rzekłam do niego i pogłaskałam go po grzbiecie. Przymknął lekko oczy, choć nie ufał mi do końca.
       Z całych sił chciałam wierzyć, że myśl, która zakwitła w mojej głowie, jest tylko niedorzecznym pomysłem. W Stanach praktycznie nie ma czegoś takiego jak bezdomne zwierzęta. Są specjalne organizacje, które dbają o to, żeby żaden z czworonogów nie błąkał się po obcych, niebezpiecznych ulicach. Ale przecież to w Polsce znalazłam samotnego bigla, bez obroży, z szorstką sierścią i kręgosłupem przebijającym się przez jego chude ciało.
       - Skąd się tu wziąłeś, mały? Ktoś cię tu zostawił? - paplałam. W głowie nie mieściło mi się, jak ktokolwiek mógłby spojrzeć w te jego wielkie, piękne oczy i pozbyć się go jak śmiecia.
       Zastanawiałam się dłuższą chwilę. Czy to, co miałam zamiar zrobić, było choć w małym stopniu realne? W najlepszym razie skończę na ulicy razem z biglem, bo wierzyć mi się nie chce, żeby mama z uśmiechem na ustach przyjęła do swojego n o w e g o domu czworonożnego przyjaciela. Choć oczywiście Kubie mówiła co innego.
       Rodzice od kilku tygodni zapewniali go, że jak tylko przyjedziemy do Polski, kupimy psa, jakiego tylko sobie wymarzy. To miał być kolejny sposób, aby ułatwić i umilić mu przeprowadzkę. Ale ja nie jestem dzieckiem. Niechęć mamy do zwierzaków biegających po domu jest aż nadto wyraźna. Prędzej spakuje manatki i wyprowadzi się, niż zaakceptuje psa w domu. A już w szczególności bezdomnego bigla z lasu.
       - Wybacz mamo - szepnęłam do siebie zdeterminowana. - Chcesz ze mną iść? Nie boisz się? - spytałam psiaka i cofnęłam się o kilka kroków.
       Nastawił uszu i przyglądał mi się dłuższą chwilę. Nie był pewien, czego może się spodziewać. A jednak mi zaufał. Po pewnym czasie ruszył w moją stronę i położył się tuż obok moich nóg.
       - Wracamy do domu - zadecydowałam szczęśliwa.



***


       Wiatr wiał mocno i porywiście, a niebo, nad ranem tak błękitne i miłe, było teraz całkowicie zasłonięte ciemną pierzyną chmur. Nie potrzeba mi było meteorologa, żeby wiedzieć, że lada moment spadnie deszcz.
       Mój nowy przyjaciel nie opuścił mnie przez całą drogę ani na moment, co wydało mi się olbrzymim sukcesem. Ale nie było kolorowo. Droga, która powinna mi zająć 20 minut, trwała co najmniej godzinę. A wszystko przez niego, zbuntowanego psiaka, który szybko znudził się wspólnym spacerem. Namęczyłam się strasznie, zanim stanęliśmy pod drzwiami mojego domu. I dopiero wtedy uruchomiło mi się myślenie.
       Nie, żebym bała się moich rodziców - ponarzekają na spóźnienie i przestaną. Jednak wkurzeni rodzice plus niespodziewany pies... To nie dawało wesołego równania.
       Zdeterminowana, znalazłam w sobie resztki odwagi i zadzwoniłam do drzwi, bo były zamknięte. Otworzyły się po trzech sekundach. To nigdy nie wróży nic dobrego. Przede mną stała mama, w grubym swetrze i z rękami skrzyżowanymi na piersi.
       - Nareszcie. Gdzie byłaś? - spytała, próbując zamask0wać drżenie głosu.
       - Szwendałam się po okolicy. - Wzruszyłam ramionami. - Nie uwierzysz, co znalazłam!
       - Iza? - rzekł tata schodzący po schodach. - Na miłość boską. Gdzie ty się podziewałaś i czemu nie przyszłaś na czas? - Był wyraźnie zdenerwowany.
       - Na czas? - Nie zrozumiałam, ale wystarczyło jedno spojrzenie w jego zatroskane oczy.
       Wyjazd do Krakowa o 12:00.
       O cholera.
       - Masz przechlapane - skwitował Kuba, siedząc tyłem do mnie i grając w kolejną strzelaninę na PlayStation.
       - Siedź cicho - poleciłam mu. Cały czas stałam w progu. Z przerażeniem stwierdziłam, że pies ruszył w moim kierunku i zaczął wchodzić po schodach. Niewiele dzieliło go od progu domu. Przeklęłam w myślach i spróbowałam zasłonić go własnym ciałem przed wściekłym wzrokiem rodziców. Jeszcze nie teraz, myślałam. Akurat teraz zebrało mu się na węszenie po moim domu.
       - Zdajesz sobie sprawę, że popsułaś nam dzisiejsze plany? - zaczęła mama, wlewając do szklanki wrzącą wodę. - Rozbieraj się, zrobię ci herbatę. Pewnie zmarzłaś - rzekła głosem nieznoszącym sprzeciwu.
       - Dobrze, dobrze, zaczekaj chwilę. Nie zgadniesz, co się stało! - odparłam z entuzjazmem, jednak przerwałam wpół zdania. Poczułam, jak bigiel gryzie mnie w nogawki spodni i znieruchomiałam.
       Cała moja kochana rodzinka również. Tylko mama po chwili, otwierając oczy tak, jak to tylko możliwe, upuściła szklankę z gorącą herbatą.
       Widziałam upadające szkło i rozlewającą się ciecz jak w zwolnionym tempie. Mój ulubiony kubek po zetknięciu z blatem rozpadł się w drobny mak, a ukrop solidnie ochlapał ręce mamy.
       - Cholera! - krzyknęła na cały głos.
       Bigiel wesoło zaszczekał.



*** 


       - Nie ma mowy! - krzyknęła. Krzyk ten był przepełniony i złością, i bólem
       - Ale dlaczego? - Nie dowierzałam.
       Stałyśmy w łazience. Mama, z grymasem wymalowanym na twarzy, chłodziła ręce w lodowatej wodzie. Ja z kolei szukałam jakiegoś środka na oparzenia i kilku bandaży.
       - Dlaczego? Rano wybiegasz z domu, nie ma cię przez kilka godzin, a potem wracasz jak gdyby nigdy nic, na dodatek przyprowadzając ze sobą psa. Dziewczyno, co się z tobą dzieje?
       - Nic się nie dzieje, okej?! - Nie wytrzymałam. Przyznaję, nie byłam przygotowana na tak ostrą konfrontację. W stanach robiłam, co chciałam, a zapracowani rodzice nie zawsze mieli wszystko pod kontrolą. - Wytłumacz mi, co złego jest w chęci ratowania życia bezdomnego psa?
       - Dziewczyny. - Zareagował tata, wchodząc do łazienki. - Czy potraficie przebywać ze sobą w ciszy i spokoju chociaż pięć minut?
       - Najwyraźniej nie - burknęłam i otworzyłam kolejną szafkę.
       - To było pytanie retoryczne. Kochanie, bardzo cię boli? - spytał.
       - To nic takiego. - Westchnęła mama, zwiększając strumień wody. - Iza, masz te bandaże, czy nie? - Niecierpliwiła się.
       - To nie moja wina, że po przeprowadzce nic nie jest na swoim miejscu - odparłam zrezygnowana i siadłam na brzegu wanny. Od tego wszystkiego porządnie rozbolała mnie głowa.
       - Apteczkę położyłem tutaj. - Tata wskazał mi niewielką skrzyneczkę.
       - Dzięki - powiedziałam.
       Bez słowa znalazłam piankę na poparzenia i solidnie spryskałam nią rękę mamy. Następnie owinęłam oparzone miejsce bandażem.
       - Iiiiiza, on jest głodny! - Usłyszałam krzyki brata dobiegające z dołu. Tak się zajęłam opatrzeniem rąk mamy i sporem na temat zatrzymania psa, że już potrzeba nakarmienia czworonoga nie wpadła mi do głowy. Na całe szczęście Kuba czuwał. Zakochał się chyba w tym psie od pierwszego wejrzenia.
       Spojrzałam na mamę błagalnie. Westchnęła.
       - Idź i nakarm tego przybłędę, ale później porozmawiamy na ten temat - burknęła.
       - Już idę! - krzyknęłam uradowana i w podskokach zbiegłam ze schodów.
       Stanęłam przed otwartą lodówką. I tu pojawił się mały problem.
       - Co on może chcieć jeść? - spytałam zdumiona.
       - Mama zrobiła na obiad filety z kurczaka - rzekł niepewnie Kuba.
       - Dobry pomysł.
       Podgrzałam je starannie, a do płytkiej miski nalałam wody. Podstawiłam psu obiadek pod sam nos, wymieniłam porozumiewawcze spojrzenie z bratem i... wstrzymałam oddech. Po chwili w całej kuchni słychać było radosne chlupanie wody i inne słodkie odgłosy pożerania obiadu. Jadł, aż mu się uszy trzęsły. Poczułam się naprawdę wspaniale.
       Nagle Kuba z niekrytą radością rzucił mi się na szyję.
       - Zatrzymamy go, nic się nie martw - oświadczył, uśmiechając się od ucha do ucha.



*** 


        Przyznaję, tamten wieczór mnie wykończył. W pozytywnym tego słowa znaczeniu. Dopiero gdy wybiła 22:00 mogłam w spokoju paść na łóżko i wpatrywać się w cudownego psa, któremu być może uratowałam życie. 
       Mama uparła się, że bigiel nie zostanie w naszym domu na noc, jeśli nie "doprowadzę go do porządku". A więc nakarmiłam go, wykąpałam i urządziłam mu posłanie. Nie było łatwo. 
       - Błagam cię mały, po prostu wejdź do tej wanny! - paplałam przez prawie pół godziny. Pies ewidentnie nie miał do nas zaufania, co tak naprawdę wcale mnie nie dziwiło. Wolałam nie myśleć, jak był traktowany przez poprzednich właścicieli. Jednak fakt faktem - kąpiel psa to były istne katusze. Szczekał, chlapał, a w rezultacie zamoczył z pół łazienki. Na całe szczęście w jego zachowaniu nie wyczułam nawet nuty agresji - po prostu miał dość zwariowanej nastolatki, w kółko polewającej go wodą. Też bym miała.
       - Na litość boską, Iza, uważaj. - Martwiła się mama.
       - Spokojnie - mówiłam uradowana, wcierając w sierść psa kolejną porcję piany - Nie ugryzie swojej wybawicielki.
       Uśmiechnęłam się do siebie. Miły to był wieczór. Od kiedy znalazłam psa w lesie, wcale nie myślałam o tym wszystkim, co w ostatnim czasie spędzało mi sen z powiek. I dobrze. Każdy powód, aby nie myśleć o problemach, jest dobry.
       Postanowiłam odpalić laptopa i poczytać trochę o biglach. Przyznaję się bez bicia, wiedziałam o nich tylko tylko, że mają duże uszy i są psami myśliwskimi. Kiepsko jak na początek znajomości. I choć mama jasno postawiła sprawę, mówiąc, że mam się do psiaka nie przywiązywać, nie mogłam się powstrzymać.

 "Co jakiś czas –bywa że nawet kilka razy na dzień –porzucane są beagle, dla których następnie trzeba znaleźć dom. Są to psy źle wychowane, zaniedbane, sprawiające problemy swoim właścicielom, którzy nie byli w ogóle świadomi na co się piszą sprawiając sobie psa myśliwskiego. Bo beagle to nie tylko piękne ciemne o migdałowym kształcie oczka, długachne uchole i sympatyczny wyraz pyska czy wesoło merdający ogonek. To przede wszystkim psy! Psy mające swoje instynkty i obdarzone przez naturę myśliwskimi o gończym zacięciu zdolnościami."*

       
       Po pół godzinie zgasiłam komputer. W pokoju świeciła się tylko nastrojowe lampki powieszone tuż nad moim łóżkiem. Reszta pomieszczenia ginęła w ciemności, w której dało się zauważyć kontury sylwetki bigla, który spał zwinięty w kłębek na nowym posłaniu i głęboko oddychał. Co z nim będzie? Czy znajdę dla niego nowy dom?
       Była 22:30. Odruchowo zastanowiłam się, która godzina jest aktualnie w Kalifornii i co mogą porabiać moi przyjaciele z drugiego końca świata. Pewnie jedzą teraz lunch. Zadzwonić? Do kogo?
       Czy...
       Czy będzie chciał ze mną rozmawiać?
       Wybrałam numer, który tak dobrze znałam. Liczyłam sekundy, wsłuchiwałam się w jednostajne sygnały dobiegające z telefonu. Nagle ucichły.
       - Bella? - Usłyszałam jego ciepły głos i ten wspaniały akcent, od którego zdążyłam się już odzwyczaić.
       - Hej - rzekłam szczęśliwa, wpatrując się w ciemny ogród za oknem.
       - Tak się cieszę, że zdzwonisz. Opowiadaj, co u ciebie? - zachęcał mnie do zwierzeń.
       I takim sposobem opowiedziałam mu wszystko - od podróży samolotem, przez nowy dom i kafejkę w Zmroku, po nieznośną kąpiel znalezionego psa - i poczułam się znacznie lepiej. Słuchał mnie uważnie. Co pewien czas pytał o coś, potwierdzał, śmiał się razem ze mną. Nasza rozmowa niczym nie różniła się od poprzednich. Może tylko tysiącami kilometrów, które nas dzieliły.
       - Żebyś widział jej minę! Szeroko otworzyła oczy i wypuściła z rąk kubek z gorącą herbatą.
       - Auć. Wszystko z nią okay?
       - Jasne - odparłam, a uśmiech nie schodził mi z twarzy. - Wreszcie przydały się moje zdolności samarytańskie. - Wybuchliśmy śmiechem.
       Rozmawialiśmy kilkanaście minut.
       - Także zapowiada się pięknie - podsumowałam. - Wszyscy tak bardzo ekscytują się tym nowym życiem w Polsce.
       - Ale ty nie, prawda? - spytał bez owijania w bawełnę.
       - Nie - wyznałam po dłuższej chwili. - Ja nie.
       - Bella, nie myśl o tym, co straciłaś, tylko o tym, co zyskasz - pocieszał mnie, choć doskonale wiedziałam, że dla niego ta sytuacja jest równie trudna.
       - Jasne - potwierdziłam, panując nad drżeniem głosu. Całe szczęście, że nie rozmawialiśmy na Skypie. Dan nie mógł zobaczyć jednej jedynej łzy, wędrującej powoli bo moim policzku. A miałaś już więcej nie płakać, skarciłam się w duchu.
       - Wiesz, będę powoli kończył. Zaraz dochodzę do plaży.
       - Pewnie. Ja za chwilkę kładę się spać. Pozdrów ode mnie ocean - Westchnęłam.
       - Jasne. Leć, wyśpij się - rzekł, a ja byłam pewna, że czule się uśmiechał.
       - Pa, Dan - rzekłam i zawahałam się na moment, po czym dodałam: - Kocham cię.
       - A ja ciebie, Bell. Kolorowych snów.

_________________________________________________________________________________________________________

 * Tekst zaczerpnięty ze strony: http://zpastorowejsfory.pl.tl/NIGDY-nie-kupuj-beagle-ar-.htm

3 komentarze:

  1. fajny rozdział:)
    nakrancumarzen.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. bardzo podoba mi się twój blog. zapraszam do mnie http://cudza-rola.blogspot.com/ zaczynam dopiero ale liczę że się spodoba :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Powiem Ci, że masz talent :) Czekam na następny rozdział.

    Proszę o kliknięcie --->
    TUTAJ
    Zapraszam na mój konkurs:
    KLIK

    OdpowiedzUsuń

Nie publikuję komentarzy typu:
Świetny blog, zapraszam do mnie! abcdefg.blogspot.com
Nie wymieniam się obserwacjami. Za każdy szczery komentarz bardzo dziękuję!