niedziela, 1 lutego 2015

Rozdział 3




       Leniwie otworzyłam oczy i zmarszczyłam brwi. Czy naprawdę udało mi się zasnąć? Spojrzałam na zegarek. 9:02. Jednak cuda się zdarzają. Głośno ziewnęłam, zmierzwiłam włosy i siadłam na łóżku.
        Ta noc była koszmarna. Nie potrafiłam uwolnić się od kłębiących się w mojej głowie myśli, nie potrafiłam odciąć się od nich i odpłynąć. Ile razy zamykałam oczy, tyle razy widziałam najbliższych - łzy w oczach Katy i kamienną twarz Dana, kiedy musiał mnie puścić i pozwolić, bym wsiadła do samochodu. I odjechała.
       W efekcie spałam pewnie ze 3 godziny.
       Aura panująca na dworze była zupełnie inna niż ta w moim sercu. Ptaki rozkosznie śpiewały, tak jakby chciały ukryć fakt, że wakacje chylą się ku końcowi. Jasne promienie wpadały do pokoju i odbijały się od moich białych mebli, przez co przez kilka minut musiałam mrużyć oczy. Brakuje rolet. Dodałam je do listy w mojej głowie.
       Wstałam i wyjrzałam przez okno. Poczułam chłodny, sierpniowy poranek na swojej delikatnej skórze, bo było niedomknięte. Podwórko tonęło w blasku słońca, ale słońce to było jakieś inne, obce.
       - O, widzę, że już wstałaś - usłyszałam głos mamy zza uchylonych drzwi.
       - Jak widać - odparłam.
       Spojrzałam jeszcze raz na zielone podwórko, potem zaciągnęłam firankę i skierowałam się w stronę szafy, w celu wybrania ubrań na dzisiejszy dzień.
       - Wyszykuj się szybko, a potem zejdź na dół. Przygotowałam... - Zastanowiła się i zaczęła wyliczać na palcach. - Naleśniki z dżemem, grzanki, sałatkę, omlety, jajka. Pierwszy raz od bardzo dawna zjemy wspólne śniadanie. - Uśmiechnęła się.
       - A co to, kolejna próba zachęcenia mnie do wspaniałego życia w Polsce? - wymsknęło mi się.
       - Iza, nie przeginaj - ostrzegła mnie moja rodzicielka. - Schodź na dół.
       - Dobrze - zgodziłam się. - Szczerze, wolałam, jak mówiliście na mnie Bella - powiedziałam na tyle głośno, żeby mama, która zniknęła w cieniu korytarza, była w stanie mnie usłyszeć.
       - Jak już wspomniałaś, jesteśmy w Polsce, córciu - usłyszałam.
       No tak, można się było tego spodziewać. Nowe życie zacznę z imieniem Iza. Kiepski początek.
       Jednym z niewielu minusów mojego pokoju był brak prywatnej łazienki, którą mogłam cieszyć się w Stanach. Wyjrzałam na korytarz i nawet tam byłam w stanie usłyszeć beztroskie chlupanie wodą i pogwizdywanie mojego młodszego brata. Łazienka na dole zapewne też była zajęta. Zawsze mogłam pójść i sprawdzić, ale prawie bezsenna noc tak bardzo mnie wykończyła, że pewnie zasnęłabym pod prysznicem. A przecież miałam się pośpieszyć. Przebrałam się więc szybko, przeczesałam włosy i wyglądając w połowie jak nastolatka, a w połowie jak zombie, zeszłam na dół.
       Mama nie musiała mnie zachęcać wyliczanką składającą się z naleśników, jajek i Bóg wie, czego jeszcze. Sam zapach wystarczyłby, żeby wywabić mnie z łóżka. W kuchni pachniało obłędnie.
       - Dzień dobry - rzekłam w stronę stołu i siadłam na krześle.
       Tata siedział przy stole i przeglądał gazetkę Ikei, tę samą, którą wczoraj mi pokazał. Pewnie szykowały się większe zakupy. Mama przewracała omleta na drugą stronę i ogólnie krzątała się po kuchni. Po prostu idealny, rodzinny poranek. Nasuwało mi się jedno pytanie. Co dziś pójdzie nie tak?
       Odłożyłam te myśli na boczne tory i chwyciłam dwie grzanki.
       - Podasz mi dżem? - spytałam Kubę, który, o dziwo, siedział już przy stole. Ma chłopak tempo. Zapewne to zbawienny wpływ naleśników.
       - Ja na twoim miejscu wybrałbym naleśniki - odparł.
       Czyli miałam rację.
       - Jak ci się spało? - spytał tata z troską w głosie i chwycił kubek z gorącą herbatą.
       - Kiepsko - przyznałam. - Chociaż łóżko bardzo wygodne.
       - Przyzwyczaisz się - odparł i odkręcił się w stronę mamy. - Naprawdę nie podoba ci się ten kolor? - spytał zrezygnowany.
       - Granat w sypialni? Proszę cię. Zależało mi na chabrowym odcieniu - upierała się.
       Postanowiłam nie zagłębiać się w tę rozmowę. Posmarowałam grzankę grubą warstwą dżemu morelowego i wpakowałam ją do buzi. Byłam potwornie głodna. Albo to wpływ tych bajecznych zapachów, albo tutejsze powietrze bardzo mi służy. W tym czasie rodzice rozkosznie dyskutowali o barwach i odcieniach.
       - Chabrowy. Co to w ogóle za kolor? Mów od razu, że niebieski - obruszył się tata. Obstawiam, że zdenerwował się, bo mamie nie przypadła do gustu sypialnia urządzona przez rzekomo najlepszych specjalistów w tym regionie. A przynajmniej on tak ich nazwał.
       - A co w tym trudnego? Nawet dziecko wie, co to znaczy c h a b r o w y odcień, a ty tym bardziej powinieneś go znać. W końcu dorastałeś na wsi, tak? - odparowała mama.
       Sprzeczka przy rodzinnym śniadaniu na temat chabrowego koloru. Jak słodko. Popiłam grzankę gorącą herbatą i wzięłam się za pałaszowanie drugiej. Kuba w tym czasie pożerał już trzeciego naleśnika.
       - Uważaj, bo pękniesz - zażartowałam.
       - Nie pęknę. Jestem elastyczny - odparł z uśmiechem, przy okazji pokazując mi zęby upaplane w dżemie wiśniowym.
       Kolejny raz wywołał uśmiech na mojej twarzy. Pocieszne dziecko. Rodzice ani na moment nie przerwali zaciętej konwersacji.
       - Dobrze, nie denerwuj się tak - rzekł tata z konsternacją wymalowaną na twarzy - Wyrzucimy wszystkie g r a n a to w e dodatki i kupimy farbę w c h a b r o w y m odcieniu - odparł, akcentując wyraźnie każdy z kolorów.
       - Mnie tam podoba się wasza sypialnia. - Wtrąciłam swoje trzy grosze z buzią po brzegi wypchaną grzanką. Chciałam pocieszyć nieco tatę.
       - Iza, właśnie, dziś już 29 sierpnia - zwróciła się do mnie mama, kompletnie bagatelizując moją opinię - Już niedługo szkoła. Migiem trzeba kupić podręczniki i przybory, najlepiej jeszcze dzisiaj - rzekła cała w skowronkach, jakby afera o chabrach wcale nie wytrąciła jej z równowagi. Najwidoczniej myślała, że będę skakała z radości, krzycząc: "Hura, idę do szkoły!". Wybacz mamo.
       - Fantastycznie - powiedziałam z sarkazmem - Ostatnie, o czym marzę, to znaleźć się w obcej mi grupie uczniów i nauczycieli. - Westchnęłam.
       - Też tak będę miał - wtrącił się Kuba, popijając kakao.
       - Ty to co innego - zbyłam go.
       - Oj tam, oj tam, poradzisz sobie. Poznasz fajowych ludzi, będzie super - zachęcał mnie tata.
       Uśmiechnęłam się lekko. Tata był jedyną znaną mi osobą, która używała słowa fajowe.
       - Jedyny plus jest taki, że nie utknę w tej dziurze i będę chodziła do gimnazjum w Krakowie. Tam przynajmniej dotarła cywilizacja. Złożyłeś już podanie, prawda? 
       Tata wymienił z mamą porozumiewawcze spojrzenia. Oho. To zawsze oznacza kłopoty.
       - Co jest? - spytałam pełna obaw. Czyżby to była ta tajemnicza zła rzecz, która miała mi się dzisiaj przytrafić? Nigdy nie może być zbyt idealnie. 
       - Sprawa wygląda tak, że... - zawahała się mama. - Będziesz chodziła do gimnazjum w Zmroku.
       Poczułam się, jakby ktoś wylał na mnie kubeł zimnej wody. Albo oblał gorącą herbatą, która parzyła się na stole. Albo przytrzasnął palce w zawiasach nowych drzwi. Nie wiem. Wiem, że byłam wściekła. I choć rodzice w życiu nie zrobiliby mi powyższych rzeczy, ich decyzja bolała mnie równie mocno.
       - Nie możecie mi tego zrobić - odparłam błagalnym tonem, doskonale wiedząc o tym, że jeśli nie zmienią zdania, sama niczego nie wskóram. - Proszę, powiedzcie, że to jakieś żarty!
       - Iza, przykro mi. Tak musi być i koniec. Mieszkamy 20 kilometrów od Krakowa. Mamy jeden samochód i nie bylibyśmy w stanie codziennie wozić cię do szkoły. A autobusy kursują znacznie rzadziej, niż byś tego chciała.
       W środku cała się gotowałam. I mama, i tata będą pracować w Krakowie, odetną się od tej dziury. A ja mam tu zostać. Chodzić do gimnazjum w Zmroku. Z tutejszymi ludźmi. O Boże.
       - Czyli to oznacza, że będziemy razem chodzić do szkoły! - krzyknął uradowany Kuba.
       - Nie żartuj sobie. Ty chodzisz do podstawówki - odpowiedziałam.
       - Nie mów tak do niego - zareagował tata. - W Zmroku podstawówka połączona jest z gimnazjum. Będziesz mogła opiekować się bratem w pierwszych tygodniach, dla niego to również trudne, może nawet bardziej, niż dla ciebie.
       - Jeszcze lepiej! - Nie mogłam w to wszystko uwierzyć. Gwałtownie wstałam od stołu.
       - Córeczko, daj spokój. Zaufaj nam. Przecież to tylko rok, później możesz iść sobie wszędzie, gdzie cię tylko zechcą. Nie zmuszamy cię do siedzenia tutaj jeszcze przez trzy lata liceum.
       - Może dlatego, że w tej dziurze nie ma liceów?!
       - Uspokój się. Zastanów się nad tym na spokojnie i przyznasz nam rację - powiedział spokojnie tata. Widocznie chabrowa kłótnia z mamą go wykończyła.
       - Tak, masz rację, powinnam się nad tym zastanowić. Świeże powietrze dobrze mi zrobi - odparłam i opuściłam kuchnię w trybie natychmiastowym. Zaczęłam wbiegać po schodach.
       - Dokąd idziesz? O 12:00 jedziemy do Ikei! - krzyknął za mną tata.
       Zatrzymałam się.
       - Pod prysznic, a potem do miasta. Zamierzam podbić Zmrok. - Nie potrafiłam pozbyć się sarkazmu. Nie teraz. Dawno nie byłam tak wkurzona.
       - Przecież nie znasz miasta - zmartwiła się mama.
       - Nie uda mi się tu zgubić nawet, jeśli bardzo będę się starała. Ewentualnie mogę wpaść w bagna, albo pożre mnie krowa-mutant pasąca się na pobliskich pastwiskach.
       Trzasnęłam drzwiami od łazienki.


*** 

       - Smacznego - usłyszałam za plecami i, wyrwana z rozmyśleń, gwałtownie się odwróciłam.
       Stał za mną kelner, wysoki i bardzo młody. Pewnie dorabiał na studia. Na tacy trzymał moją kawę z mlekiem, a na twarzy wymalowane miał zaskoczenie i przerażenie zarazem. Musiałam go nieźle przestraszyć moją reakcją. Co jak co, ale to on przestraszył mnie pierwszy.
       - Wszystko okay? - spytał.
       - Tak, jasne. Dziękuję - odpowiedziałam i odebrałam moje zamówienie.
       - Nie ma za co. Mam nadzieję, że będzie ci smakować. - Uśmiechnął się i już go nie było.
       No ładnie. Straszę miejscowych ludzi. To chyba niezbyt dobry początek.
       Minęły dwie godziny od sprzeczki z moimi rodzicami. Siedziałam w bardzo przytulnej knajpce, nadal nie wierząc, że znalazłam tak świetne miejsce w Zmroku. To miasteczko coraz bardziej mnie zaskakiwało.
       Wnętrze knajpki było urządzone w genialnym, trochę nowoczesnym, a jednocześnie trochę starodawnym styl. Na regałach ściennych poustawiano mnóstwo książek, które aż prosiły o otwarcie i zagłębienie się w nowym, opisanym na ich kartkach świecie. Ściany pokrywała przepiękna, kawowa farba. Sposób nazywania kolorów odziedziczyłam oczywiście po mamie. Z sufitu zwisały duże, dające niezbyt wiele światła lampy. Ciemną podłogę pokrywały dywany, dla kontrastu, bardzo jasne. W powietrzu wyczuwałam oczywiście zapach świeżo palonej kawy, starych książek i papierosów. Idealne połączenie.
       Całość prezentowała się wspaniale. Tylko nazwa brzmiała niesamowicie prosto i komercyjnie. Book and Coffee? Serio? Czy w tym miasteczku istnieje jakaś nazwa, która mnie zaskoczy?
       Skończyłam zachwycać się niesamowicie gustownym wnętrzem i chwyciłam kubek kawy. W końcu po to tu przyszłam. W trybie natychmiastowym potrzebowałam czegoś, co postawi mnie na nogi, bo niewyspanie naprawdę dawało mi się we znaki. Upiłam łyk. Była prawie tak dobra, jak kawa w mojej ulubionej kawiarni w L.A., do której wstępowałam zawsze po drodze ze szkoły. Uśmiechnęłam się triumfalnie. Teraz to tu będę wpadać po lekcjach. Na przykład w chwilach depresji, kiedy zechcę się upić drinkami bezalkoholowymi i żalić się nowo poznanemu kelnerowi na mój straszny los. Tak, będę tam częstym gościem.
       Wyjęłam telefon z nadzieją, że właściciele knajpki wpadli na genialny pomysł utworzenia WiFi. Nie pomyliłam się - czekała na mnie otwarta sieć zapisana jako B&C. Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej. W sumie to niegłupi pomysł, skracać tę niesamowicie niesmaczną nazwę. Muszę to zapamiętać.
       Bez entuzjazmu przejrzałam tablicę na Facebooku. W Kalifornii nic się nie zmieniło - moi znajomi wciąż imprezują, albo chwalą się zdjęciami w kostiumach kąpielowych prosto znad samego oceanu. Dostałam kilka prywatnych wiadomości od najbliższych przyjaciół, z pytaniami, co u mnie i jak się czuję. Zrobiło mi się odrobinę lżej na sercu, ale ulga ta po chwili znikła. Uświadomiłam sobie, że od czasu przyjazdu nie rozmawiałam z Katy.
       Wstałam, założyłam kurtkę i chwyciłam torbę. Ponownie ruszyłam do lady.
       - Mogę prosić jeszcze jedną kawę? - spytałam. - Na wynos.
       Tak pyszna kawa w torebce zawsze się przyda. Nawet, jeśli miałby to być mój prezent dla mamy pod tytułem: "Przepraszam, że trzasnęłam drzwiami i wybiegłam z domu".
       - Chyba ci zasmakowała. - Uśmiechnął się. - Już się robi.
       - Tak. - Odwzajemniłam uśmiech.
       Opuściłam B&C w nieco lepszym nastroju. Chciałabym, żeby cały Zmrok był pełen takich uroczych kelnerów, którzy potrafią zarazić swoim dobrym humorem.
       Spędziłam następne dwie godziny szwendając się po okolicy. Całkowicie straciłam poczucie czasu, pewnie dzięki wiernie towarzyszącym mi słuchawkom. Po prostu po raz pierwszy spacerowałam ulicami, którymi od teraz miałam chodzić dzień w dzień. Chciałam poznać to miasto, odetchnąć tamtejszym powietrzem. I tak zobaczyłam ratusz w budynku urzędu miasta, na moje oko, trochę zbyt groteskowy. Rzuciłam okiem na fontanny przy głównym placu, w których woda przelewała się bez celu i bez końca. Przeszłam też przez park, stary i nieco zaniedbany, ale bardzo urokliwy. Aż wreszcie stanęłam przy budynku, który miał stać się najbardziej znienawidzonym budynkiem ze wszystkich, które dziś widziałam. Nad wejściem wielkimi literami napisano:


SZKOŁA PODSTAWOWA I PUBLICZNE GIMNAZJUM W ZMROKU

        Wyglądała niczym morderca, który tylko czeka, aż wraz z pierwszym dzwonkiem u jego drzwi staną małe, wesołe, bezbronne szkraby. Niczym rosiczka w sali biologicznej w L.A., która kusi swoje ofiary, zachęcając je do wejścia, a potem pożera.
       Czasem ponosi mnie chyba wyobraźnia.
       

*** 


      Wracałam powoli leśną ścieżką. Rzecz jasna, ze słuchawkami w uszach. Słuchałam właśnie Wind of Change wspaniałych Scorpionsów, dochodząc do wniosku, że w moim życiu wieje właśnie taki wiatr. Choć ja powiedziałabym, że przypomina bardziej huragan.
       Nagle coś poruszyło się pomiędzy drzewami. Zmarszczyłam brwi i zdjęłam słuchawki. Coś ewidentnie się tam kryło. Stałam tak naprzeciw ściany lasu dłuższą chwilę, wytrzeszczając oczy, aby owo "coś" zidentyfikować. I choć sama raczej się nie bałam, moja wyobraźnia jak zwykle pracowała na wysokich obrotach - w głowie już miałam obrazy dzików, wilków, potwornych grzybiarzy i paru innych zwariowanych rzeczy, które rzekomo mogły mnie spotkać.
       Po chwili usłyszałam trzask łamanej gałęzi i szum liści, który z każdą sekundą się do mnie przybliżał. Okej, przyznaję - przeraziłam się nie na żarty. Już chciałam zmykać z tej leśnej ścieżki, kiedy straszny duch z zarośli postanowił wyjrzeć na światło dzienne.

6 komentarzy:

  1. Nie wierzę! Odnalazłam Twojego bloga po tak długim czasie! Byłam z Tobą również kiedy prowadziłaś bloga life-style. Oczywiście nie zawiodłam się i będę tu częstym gościem. Życzę powodzenia i mnóstwa weny w dalszym pisaniu :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny rozdział :) Czekam na kolejny z niecierpliwością :*
    Mam nadzieję, że w tych krzakach kryje się jakieś zwierzę. Chciałabym by był to kot ale to raczej pies :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Ostatni tekst podoba mi się najbardziej :) Lubię tajemniczość opowiadań !
    Świetnie piszesz :) Ta piosenka należy do moich ulubionych !

    Zapraszam - klik!

    OdpowiedzUsuń
  4. Jeju prześlicznie piszesz.
    Masz talent do tego.
    A rozdział ciekawy.
    Oby tak dalej.
    Pozdrawiam.

    http://nataa-natkaa.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Nie publikuję komentarzy typu:
Świetny blog, zapraszam do mnie! abcdefg.blogspot.com
Nie wymieniam się obserwacjami. Za każdy szczery komentarz bardzo dziękuję!