niedziela, 25 stycznia 2015

Rozdział 2

       - Wstawaj, śpiochu. Zobacz, gdzie jesteśmy! - usłyszałam po dwóch godzinach słodkiego, błogiego snu.
]
       Zmarszczyłam brwi i powoli otworzyłam oczy. Nadal siedziałam w samochodzie, jednak czułam, że coś się zmieniło. Dwieście kilometrów przejechaliśmy z cała pewnością, a to oznaczało nieubłagany koniec naszej podróży. Mój brat, z rękami na szybie i entuzjazmem godnym pięciolatka, oglądał okolicę, w której mieliśmy zamieszkać.
        Przyznaję, moja ciekawość wzięła górę. Powinnam siedzieć naburmuszona, jak na zbuntowaną nastolatkę przystało i nawet nie wyglądać przez okno. Tylko czy ja naprawdę byłam zbuntowana? Błagam. Aż tak nisko nie upadłam.
        "Daję za wygraną" - pomyślałam - "Zawsze mogę pobawić się w Znajdź 10 różnic pomiędzy Zmrokiem i Kalifornią". Leniwie podniosłam się i wyjrzałam przez szybę. 
       Musieliśmy być na przedmieściach. O ile małe miasteczko mogło mieć jakieś przedmieścia. Moim oczom ukazały się domy, które, gdyby nie mój nastrój, byłabym skłonna nazwać urokliwymi. Każdy z nich był zadbany i wybudowany w tradycyjny sposób, bez udziwnień. Oto pierwsza różnica. Spróbuj znaleźć takie domy w L.A. Życzę powodzenia.
       Drzew było co niemiara. Odnosiło się wrażenie, że tak naprawdę wszystkie te domy znajdują się w jakimś parku czy może nawet lesie. Różnica numer dwa - zieleń wręcz raziła mnie w oczy. Przyzwyczajona do złotego, kalifornijskiego piasku, niecodziennie miałam szansę podziwiać taki widok. Choć przyznam, że zabrakło mi w nim wysokich palm, a góry w tle z chęcią wymieniłabym na błękitny ocean.
        Nie dostałam szansy na znalezienie kolejnych różnic, bo nagle skręciliśmy w leśną ścieżkę. Domyśliłam się, że nie przejedziemy przez skromne centrum Zmroku - nasz nowy dom będzie znajdował się na przedmieściach.
        Nasz nowy dom. Nie chciałam za dużo myśleć o tym, jak to będzie. Wyczerpałam już chyba cały limit. Oparłam więc głowę o fotel, odetchnęłam głośno i upajałam się zielenią bijącą mnie wręcz po oczach.
       - I jak ci się podoba "Zielony Zmrok"? - zapytała mama, odkręcając się w fotelu. Nie trudno było zauważyć, jak ważna dla niej mogła być moja odpowiedź.
       - Jest super - odparłam więc i zamyśliłam się na moment. - Naprawdę super.
       Doszłam do wniosku, że wcale jej nie okłamałam. Cholera, podobało mi się tam. Zmrok stanowił ogromny kontrast dla Kalifornii, czułam się tam jak na innej planecie. Mimo wszystko miał w sobie coś przyciągającego, coś, co powodowało, że nie byłam w stanie odwrócić głowy od szyby.
       Jechaliśmy dłuższą chwilę. Okolica niewiele się zmieniła - wciąż widywałam coraz to nowe odmiany drzew, jednak z czasem zaczęliśmy mijać również domy. 
       - Ulica Brzozowa wita - powiedział tata i niespodziewanie skręcił w prawo.
       Jak można się było spodziewać, przywitały nas rzędy brzóz. Kolejna zbyt oczywista nazwa. Przestraszyłam się na samą myśl o moim nowym adresie. 
       Ale przyznaję, Ulica Brzozowa prezentowała się pięknie. Naliczyłam dosłownie 10 domów, każdy uroczy i oddalony od sąsiadów. Pomiędzy działkami znajdowały się puste przestrzenie, na których rosły niewysokie drzewa, trawa i mnóstwo polnych kwiatów. W oddali zauważyłam nawet staw. "Łąka tuż obok domu. Bomba" - pomyślałam.
       Oglądając takie domy, jak te z ul.Brzozowej, można było popaść w kompleksy. Szczególnie, jeśli na oczy nie widziało się swojego własnego. Każdy z nich był niezbyt duży, posiadał co najmniej dwa piętra, okazały ogród i bordową dachówkę. Tradycyjnie, każdy tonął również w drzewach i krzewach przeróżnej maści - od liściastych po iglaste. Ciężko było zdecydować, który dom i która działka podobają mi się najbardziej. Często miałam ochotę krzyknąć: "Tato, zatrzymaj się tu i powiedz, że właśnie to jest nasz nowy dom!", ale zawsze mijaliśmy go i spotykaliśmy na swojej drodze kolejny, zapierający dech w piersiach. I tak w kółko.
       Prawie zapomniałam o bólu, jednak boleć nie przestało ani na moment. To się nazywa odwróceniem uwagi. Dobry sposób, muszę to zapamiętać.
       Jechaliśmy, jechaliśmy, jechaliśmy - bez końca. Kiedy minęliśmy ostatni dom wpadłam w panikę - przed oczami jak w kinie wyświetlały mi się sceny, że niby tata pomylił ulice i tak naprawdę będziemy musieli opuścić to wspaniałe miejsce, które wyglądem przypominało mi rajskie ogrody.
       Właśnie wtedy skręciliśmy.
       Przejechaliśmy ogromną, ozdobną bramą, która dziwnym trafem była otwarta - jakby tylko czekała, żeby przyjąć swoich domowników. Zachodziłam w głowę, kto postanowił nas w ten sposób przywitać. Jechaliśmy już uroczą alejką, mijając kolejne drzewa i po krótkiej chwili wyłonił się zza nich nasz nowy dom.
       Ciężko mi było znaleźć odpowiednie określenie, żeby go opisać. Postanowiłam więc darować sobie to trudne zadanie, rozdziawić buzię i po prostu patrzeć na cudo przede mną. Ten dom bił o głowę mój dom z Kalifornii, a to naprawdę ogromny komplement.
       Tata zgasił silnik i powoli otworzyłam drzwi. Odetchnęłam głęboko, bo od długiego siedzenia zakręciło mi się w głowie, i wysiadłam z samochodu.
       Dom przypominał willę, ale w polskim, tradycyjnym wydaniu. Miał dwa piętra, ale nie był zbyt duży. Jego ściany pomalowano na beżowo, a dach zdobiła oczywiście ciemno czerwona dachówka. Po jednej stronie porastał go bluszcz, co potęgowało wrażenie, że jest najstarszy w okolicy. I tak było. Do drzwi wejściowych prowadziła szeroka droga, wokół której - tradycyjnie - rosły drzewa i krzewy.
       - I jak wam się podoba? - spytał tata, otwierając bagażnik.
       - Trochę jak miks nowoczesnej willi i dworku z XIX wieku - przyznałam, hamując nieco moją ekscytację.
       Zapadła długa cisza. Każdy członek rodziny wpatrywał się w budynek, próbując chyba dopatrzeć się tych dziewiętnastowiecznych detali, o których wspomniałam.
       - W takim razie to najlepsza zmiksowana willa, jaką kiedykolwiek widziałem - odparł Kuba dobitnie. Naprawdę mało brakowało, a parsknęłabym śmiechem. W porę się powstrzymałam.
       - Przyznaj, ile willi widziałeś w życiu? - ciągnęłam rozmowę z lekko wyczuwalną ironią.
       - Ta jedna w zupełności mi wystarczy! - krzyknął uradowany i pobiegł w kierunku drzwi wejściowych.
       - Hej, poczekaj na klucze! - krzyknął tata, zapewne z obawą, że mały z ekscytacji wyrwie klamkę, bo drzwi nie będą chciały się otworzyć.
       Ja wyciągnęłam moją walizkę i postawiłam ją na ziemi. Odetchnęłam głęboko, delektując się świeżością powietrza i śpiewem ptaków. Zamknęłam oczy. Stałam tak dłuższą chwilę.
       Moje nowe życie formowało się na razie jak bajka, w której ja miałam być księżniczką. Niestety nie przewidziało, że sprawy związane z poprzednim życiem w Kalifornii mogą popsuć tę sielankę. Nie potrafiłam zapomnieć o bólu, który towarzyszył mi w czasie wyjazdu z U.S.A. Miałam ochotę krzyczeć: "Okay, rozumiem, co chcieliście osiągnąć. Daliście mi wspaniałe, nowe życie w Polsce. Jest piękne, zielone i przyjemne, ale ja naprawdę nie chcę tak żyć".
       Chwyciłam rączkę od walizki i weszłam po schodach.
       Tak czy siak, jeśli mam już płakać po nocach w poduszkę, to cieszę się, że mogę to robić w takim domu.


***






       Rozpakowanie się zajęło mi naprawdę mnóstwo czasu, mimo że miałam tylko jedną walizkę. Dlaczego jedną? Powodów było kilka. Po pierwsze, trzy czwarte mojej szafy stanowiły crop topy lub inne bluzki na ramiączka. No cóż, pogoda w Kalifornii nas
rozpieszczała, czego na pewno nie można powiedzieć o pogodzie w Polsce. Postanowiłam więc, że ograniczę się do minimum, a rzeczy, których nie byłam w stanie zabrać, Katy przyśle mi paczką.
       Kiedy wreszcie, po dwóch godzinach, skończyłam żmudną pracę składania wszystkiego i chowania do szafy, wybiła siódma. Siadłam więc na łóżku i patrzyłam po prostu na mój nowy pokój.
       A nie był do końca nowy.
       Tata miesiąc temu przyjechał do Polski, żeby załatwić wszelkie formalności, kupić samochód, ale między innymi wyposażyć dom. Mama nie chciała nawet słyszeć o remoncie, który czekałby na nas już przy samym wejściu. Jej życzenie stało się rozkazem - bo przecież co to dla bogatego biznesmena? Wynajął ekipę, która wyremontowała dom, a następnie go urządziła. Tata zrobił zdjęcia mojego pokoju i przesłał im je. Dlatego mogę powiedzieć, że przynajmniej u mnie czułam się "jak w domu".
       Na początku byłam wściekła na takie rozwiązanie. Chciałabym mieć możliwość urządzenia mojego pokoju sama, bez grupy fachowców. Jednak, kiedy kilka godzin wcześniej weszłam do tego pomieszczenia, wpadło mi do głowy, że sama nigdy nie urządziłabym go z takim gustem i takim wyczuciem.
       Pokój znajdował się na piętrze. Był średniej wielkości, z widokiem na tylne podwórko, ogród i las. Ściany pomalowano na lawendowy kolor, w którym dosłownie się zakochałam. Ten w Kalifornii dawno już wyblakł i przypominał bardziej zepsute mleko. Meble białe, ale nie było ich za dużo - olbrzymia szafa, stylowe biurko, komoda i kilka szafek na książki i jakieś rupiecia. Stało tam też dość spore łóżko, na którym nie trudno było poczuć się księżniczką. Co do ozdób i detali - dano mi wolną rękę. Tata wręczył mi gazetkę sklepu Ikea i już niedługo mieliśmy wybrać się na zakupy. Jedyną miłą ozdobą, którą zastałam w pokoju, były lampki zawieszone nad łóżkiem.
       Przyznaję, pokój wyszedł świetnie. Punkt dla zgrai dekoratorów.
       Leżałam na łóżku i popijałam gorącą herbatę. I jak zwykle zaczęłam myśleć.
       Tak to jest w nudne, refleksyjne wieczory. Bierze się herbatę, siada się na łóżku i myśli o wszystkim, albo o niczym, w zależności, co ciekawego się ostatnio wydarzyło.
       U mnie tematów, rzecz jasna, nie brakowało.
       Każda normalna dziewczyna na moim miejscu czułaby się jak w bajce - powrót do swojego kraju, malownicza miejscowość na południu Polski, otoczona drzewami willa, urządzony przez designerskich kreatorów pokój - przyznaję, to brzmi nieźle jak na początek nowego życia. Brzmi idealnie. Zbyt idealnie.
       Nie wiem, może życie nauczyło mnie po prostu dystansu do tych "idealnych" spraw. Zdaję sobie sprawę, że prędzej czy później coś się popsuje, coś pójdzie nie tak. Weźmy na przykład mój związek z Danem. Od kiedy tylko pamiętam, byliśmy nazywani Parą Idealną. Wszystko szło jak z płatka. Ten jeden, jedyny miesiąc, który nam dano, pełen był radości i miłości. Kto by się spodziewał, jak to wszystko się zakończy.
       Drugim powodem, dla którego nie biegałam po domu tak jak Kuba i nie cieszyłam się na samą myśl o moim nowym życiu było to, że takiego życia po prostu nie chciałam. Ot, decyzja została podjęta. Spakowałam się, jak na grzeczną dziewczynkę przystało i opuściłam jedyne miejsce, w którym czułam się szczęśliwa. Pewnie gdybym rozmawiała z jakimś psychologiem - spokojnie, aż tak nisko jeszcze nie upadłam - powiedziałby mi, że w Zmroku też odnajdę szczęście. "Jasne" - odpowiedziałabym - "Wystarczy, że przywieziesz mi tutaj Dana i Katy. To wszystko. Ewentualnie jeszcze palmy i ocean, jeśli starczy ci miejsca".
       Dan i Katy. Czy o tak wiele proszę?
       Tęsknota w jednej chwili wypełniła całe moje serce. Głupia, czego się spodziewałam? Wiadomo było, że nie wytrzymam. Panowałam nad sobą całą drogę i chyba wyczerpałam limit. Starłam łzę ręką, odstawiłam herbatę i postanowiłam sprawdzić telefon w poszukiwaniu nowych wiadomości. Rzecz jasna, żeby jeszcze bardziej się zdołować. Doskonale wiedziałam, że czeka tam na mnie świeży jak ciepłe bułeczki sms od Dana.


       Poczułam, że oczy robią mi się wilgotne. Co u mnie? Tak bardzo chciałabym być obok niego, wtulić się w jego pierś i usłyszeć słowa "wszystko będzie dobrze", wypowiedziane z idealnym amerykańskim akcentem. Spojrzałam na wiadomość i przeczytałam ją kolejny, dziesiąty już chyba raz. Zatrzymałam się na słowach kocham cię. Ciekawe, kiedy przestaną się pojawiać w wiadomościach. Gdzieś w głębi serca czułam, że to kwestia czasu.
       Otarłam z policzka kolejną łzę, podniosłam telefon i z zaciśniętym gardłem wystukałam odpowiedź.



9 komentarzy:

  1. Jejku, jak ty wspaniale piszesz!
    Chciałabym w przyszłości mieszkać w Kalifornii <3

    pastelovoo.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Hello dear! Nice blog!
    Follow me and I will follow back)

    My Blog: violaceous_flavor
    Write me in my blog if you following me)

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetne <33

    zapraszam:
    http://sosnowskaphoto.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. genialny post ♥
    zapraszam cieplutko do mnie :)
    http://flemour.blogspot.com/2015/01/sheinside.html

    może obserwacja za obserwację? zacznij a na pewno się odwdzięczę :)

    +jeśli masz chwilę byłabym bardzo wdzięczna jeśli klikniesz w linki pod ubraniami :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetna opowieść! Ja już obserwuję, miło by było jakbyś do mnie zajrzała :). (Naprawdę świetna aż Twojego bloga dodałam do zakładek, haha :))

    Zapraszam do mnie :)
    http://vaily-blog.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  6. Zostań pisarką! Czekam na dalszą część!
    Co powiesz na obs za obs na blogu (nie na google ) Zacznij pierwsza a na pewno się odwdzięczę
    <3 <3 Miłego weekendu !

    OdpowiedzUsuń
  7. Masz bardzo ciekawe posty, czekam na kolejne :) Życzę sukcesów i wytrwałości w pisaniu bloga ;)

    http://mjrm-madeline.blogspot.com/2015/01/first-order-of-choies.html
    http://mjrm-madeline.blogspot.com/2015/01/little-black-dress.html zapraszam serdecznie na mój blog. Proszę o klikanie w banery po prawej stronie bloga oraz w linki do ubrań, to dla mnie bardzo ważne. Każdy komentarz i obserwacja będzie odwzajemniona.

    OdpowiedzUsuń

Nie publikuję komentarzy typu:
Świetny blog, zapraszam do mnie! abcdefg.blogspot.com
Nie wymieniam się obserwacjami. Za każdy szczery komentarz bardzo dziękuję!