środa, 11 czerwca 2014

Rozdział II (część I)


Następny dzień był przełomowy. Czasem w naszym życiu zaczyna się coś, o czym nie mamy zielonego pojęcia. Kiedy działamy bez zastanowienia, nasze banalne decyzje mogą mieć wpływ na sytuacje, w których znajdziemy się w przyszłości. Tak było i tym razem. Ale do rzeczy.
Stałam przed ciemnoszarym budynkiem szkoły zdenerwowana jak nigdy dotąd.
W naszym małym mieście wieści szybko się rozchodzą. Czasem nawet za szybko. Wiedziałam, z czym będę musiała się zmierzyć.
- Słyszałaś o Karolinie? – Tymi słowami zostałam powitana jeszcze przed wejściem do środka. Orszak przerażonych nastolatek wpatrywał się we mnie z ciekawością.
- Oczywiście, że słyszałam – odparłam chłodno i próbowałam przepchnąć się przez tłum.
Od oficjalnego zgłoszenia zaginięcia minął jeden dzień. Dwadzieścia cztery długie, ciągnące się w nieskończoność  godziny. Najchętniej zasnęłabym i obudziła się, gdy wszystko będzie jasne. Mimo wszystko starałam się pozostać przy zdrowych zmysłach na wypadek, gdyby do mojej zmęczonej głowy wpadł jakiś pomysł. Niestety tak się nie stało. Nie byłam dobrym detektywem. Wybacz Sherlocku.
Z zamyślenia wyrwały mnie krzyki uczniów. Nawet nie zauważyłam, kiedy okrążyła mnie całkiem liczna grupa. Nie słyszałam też setek pytań, które zostały do mnie skierowane. Niestety, po chwili wszystkie od mnie dotarły.
- Uciekła z domu?
- Dlaczego?
- Mówiła ci o tym?
- Gdzie jest?
Poczułam się jak celebrytka udzielająca wywiadu.  Byłam w centrum zainteresowania. Kiedyś ucieszyłabym się z takiego obrotu sprawy, ale w tamtym momencie miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Zabawne.
- Dajcie jej święty spokój – usłyszałam zdecydowany, dziewczęcy głos. – Chodź – rzekła do mnie i pociągnęła mnie w stronę schodów.
Była to Marta, moja dobra znajoma. Chodziłyśmy razem do przedszkola, potem nasza relacja nieco osłabła. Mimo to nigdy się na niej nie zawiodłam. Zawsze czaiła się gdzieś w pobliżu, gotowa pomóc w potrzebie lub poprawić humor.
- Dziękuję – odparłam, kiedy rozmowy gimnazjalistek nieco ucichły.  – Nie wiem, dlaczego tak się zachowują.
- Ja wiem. – Wzruszyła ramionami. – Jesteś jedyną osobą w tej szkole, która może wiedzieć, co się stało z Karoliną.
- Problem w tym, że nic nie wiem. – Westchnęłam głośno.
- Naprawdę? Nic a nic? – Marta spytała delikatnie.
- Czy wy wszyscy zwariowaliście? Nie, nie wiem, gdzie ukrywa się moja przyjaciółka. Przepraszam, że was zawiodłam – burknęłam nieprzyjaźnie. – Przepraszam – dodałam po chwili.
- W porządku, rozumiem. To znaczy nie do końca rozumiem, jak to jest, ale zdaję sobie sprawę, że jest ci ciężko. – Uśmiechnęła się lekko.
Odwzajemniłam uśmiech. No tak, Marta zawsze była lekko szalona.
- Więc – zaczęła – masz jakieś pomysły? Co mogło się z nią stać?
Rozmawiałyśmy o bardzo poważnej sprawie w sposób lekki i beztroski. Ciężko było mi w to uwierzyć, ale nie protestowałam.
- Żadnego. Ostatnimi czasy rzadziej się widywałyśmy i rozmawiałyśmy. Właściwie nie wiem, co się u niej działo… Jestem taka głupia. – Dobry humor zniknął w jednej chwili, a jego miejsce zajęły wyrzuty sumienia.
- Hej, nie mów tak! Nie wolno ci się obwiniać. Nikt z nas nie przepuszczał, że coś takiego może się wydarzyć – pocieszała mnie.
- Wiem o tym. Najgorsza jest bezsilność. Nie mam pojęcia, co robić, jak się zachować – pożaliłam się.
- Przede wszystkim musisz się uspokoić, Julko – odparła. – Inaczej zwariujesz. Moim zdaniem powinnaś… - przerwała, słysząc dzwonek. – Porozmawiamy o tym innym razem. Chodź na lekcję – rzekła.
Wtedy ich zobaczyłam. Nowi znajomi Karoliny. Nawet dziś, kiedy o tym myślę, dostaję gęsiej skórki.
Chciałam podejść do nich, przywitać, pobić, zapytać, co zrobili z moją przyjaciółką… Zrobić cokolwiek. Jednak Marta bezbłędnie odczytała moje zamiary. Mocno pociągnęła mnie za rękę w stronę drzwi, a kiedy próbowałam się wyrwać, spojrzała na mnie znacząco. Chciała powiedzieć, że to nie jest najlepszy czas. W duchu przyznałam jej rację.
Do klasy weszłyśmy jako ostatnie. Wszyscy obecni podnieśli głowy i wpatrywali się w nas, a raczej we mnie, ale nikt nie powiedział ani słowa. Najwidoczniej pani uprzedziła ich, że wszelkie pytania czy uwagi na temat Karoliny będą nie na miejscu. I faktycznie - beztroska cisza sprawiła mi ogromną ulgę.
- Przepraszam za spóźnienie – powiedziałam i skierowałam się do mojej ławki.
Stała pusta.
Rozpakowałam się, ale nigdzie nie mogłam znaleźć zeszytu od języka polskiego. Do głowy przyszła mi myśl, że nie tylko moja przyjaciółka zawieruszyła się w ten weekend. Uśmiechnęłam się blado i przetrząsnęłam plecak. Ani śladu zguby. Gdzie mógł być? Po chwili przypomniałam sobie smutną prawdę.
Przed oczami stanęła mi scena z ostatniego czwartku. Siedziałyśmy w moim pokoju
i odrabiałyśmy lekcje. Miałyśmy się taki zwyczaj – zawsze przyjemniej jest uczyć się we dwie. Zrobiło się późno. Karolina powoli zbierała się do domu.
- Jula, wezmę od ciebie zeszyt. Nie umiem zrobić tej pracy domowej. – Uśmiechnęła się niewinnie i wstała z krzesła.
- Może powinnaś chodzić czasem na lekcje, zamiast zrywać się ze swoją nową paczką? – burknęłam.
- Daj spokój! To tylko polski. – Zaśmiała się. - A ta paczka nie jest taka zła, jak ci się wydaje. Pomaga mi.
- Naprawdę? Jakoś ciężko mi w to uwierzyć – burknęłam.
- Lepiej uwierz – powiedziała, śmiejąc się i spakowała do plecaka mój zeszyt – Dzięki. Do jutra – odparła.
Wspomnienie prysło jak bańka mydlana, a ja wróciłam do szkolnej rzeczywistości.
Wiedziałam, co oznaczała tamta sytuacja. Mój zeszyt prawdopodobnie leżał na biurku Karoliny, a ja będę zmuszona złożyć wizytę w tym zimnym, przepełnionym smutkiem domu.
   Po południu stałam przed beżowym budynkiem. Z jednej strony porastał go bluszcz, z drugiej cień rzucało na niego wysokie drzewo. Z boku znajdował się ogródek – uroczy, choć nieco zaniedbany. Jego właścicielka na ogół nie miała zbyt wiele wolnego czasu. 
W rękach ściskałam nieduży pakunek. Mama upiekła szarlotkę i koniecznie chciała podarować ją mamie Karoliny. Nie byłam pewna, czy ten gest był na miejscu, ale nie spierałam się. Nie znam osoby, której ciasto mojej mamy nie poprawiłoby humoru. 
Delikatnie zapukałam w drzwi. Nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Pani Maria to bardzo wrażliwa kobieta. Zaprezentowała to już poprzedniego dnia rano, kiedy policjant użył określenia „zaginiona”, mówiąc o jej córce. W oczach kobiety zauważyłam łzy. Czy tym razem również taka będzie? Czy pozwoli mi w ogóle wejść do środka? 
Klamka poruszyła się wolno, drzwi zaskrzypiały. Mama Karoliny ukazała mi się tak, jak ostatnio – z zaczerwienionymi oczami, pozbawiona uśmiechu. Oczywiście, wcale jej się nie dziwiłam. 
- Dzień dobry, proszę pani. – Uśmiechnęłam się delikatnie. 
- Dzień dobry. Jeśli jesteś tu z pytaniem, co z moją córką, nie jestem w stanie ci odpowiedzieć. Policja jej nie znalazła – odparła z kamiennym wyrazem twarzy. 
Wiedziałam, że nie chce być niemiła. To w gruncie rzeczy bardzo przyjazna, wesoła kobieta. Kiedyś była dla mnie jak ciocia.
Ale niestety. Zabolało. Jej słowa były dla mnie jak cios. 
- Wiem o tym. Inaczej na pewno dałaby mi pani znać – powiedziałam ze smutkiem. – Jestem tu w zupełnie innej sprawie. Czy mogę wejść na moment?


6 komentarzy:

  1. Świetne, bardzo mnie wciągnęło ;) + czekam na następne!

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeśli mam być szczera to ten rozdział tak sobie mi się podoba. Ta rozmowa z Martą nie przypadła mi do gustu. Nie wiem czemu. No nic, czekam na kolejny rozdział :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie też jakiś taki naciągany, ale zobaczymy co będzie dalej ;)

      Usuń
  3. Fajny nawet :D Talent w pisaniu masz ;) Boski nagłówek
    http://milenaabloog.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Nie publikuję komentarzy typu:
Świetny blog, zapraszam do mnie! abcdefg.blogspot.com
Nie wymieniam się obserwacjami. Za każdy szczery komentarz bardzo dziękuję!