czwartek, 11 sierpnia 2016

Daj znać, że jesteś

Nie mogę uwierzyć, że cokolwiek tu piszę. Wątpię, czy ktokolwiek to czyta. Jeśli tak, to zapewne Wy, tak samo jak ja, zastanawiacie się - co ona tutaj robi?
Minął ponad rok. To długo. Rok bez rozdziałów, rok bez znaku życia. Jeśli jest tu choć jedna osoba, która na mnie czekała - najmocniej przepraszam.
Myślę, że usprawiedliwianie się mija się tu z celem, bo podjęłam własną decyzję. Że przestaję publikować rozdziały.
Tak jak jakiś czas temu podjęłam własną decyzję, że wracam do pisania.
Moja nowa-stara powieść ma w Wordzie 16 stron. Kiepski wynik, ale od czegoś trzeba zacząć. Historia ta sama, a jednocześnie zmieniona. Napisana, mam nadzieję, tysiąc razy lepiej. Bo to, co powstało rok temu, w zasadzie nie nadaje się do czytania.
Do czego zmierzam?
Daj znać, że jesteś.
Nie wiem, naprawdę nie wiem, czy wstawię tu choć jeden nowy rozdział. Nie chciałabym znowu utknąć w dziurze braku pomysłów i po raz kolejny w polu tytułu napisać "odchodzę". Albo nic nie napisać, tak jak ostatnio.
Nie chciałabym też publikować czegokolwiek dla samej siebie, jeśli nikt by tego nie czytał.
Jesteś tu nadal? Pamiętasz mnie może? Chciałbyś przecztać odnowioną Isabelle?
Daj znać. Będę wdzięczna.

piątek, 3 kwietnia 2015

Rozdział 8

       Słońce powoli kryło się za horyzontem. Trwał wyjątkowo ciepły, pogodny wieczór. W lesie panowała niemal zupełna cisza, przerywał ją tylko jednostajny szum drzew oraz, rzecz jasna, głośne poszczekiwanie bigla.
       - Nie pomylili się, pisząc, że masz bzika na punkcie aktywności ruchowej. - Westchnęłam, patrząc na niego. Biegał dookoła mnie, w tę i z powrotem, merdał ogonem, wąchał każde napotkane drzewo. Cieszyłam się, że nie kupiliśmy jeszcze smyczy - nie nadążyłabym chyba biegać za moim nowym przyjacielem.
        Uśmiechnęłam się blado na widok jego słodkich figlów i zwróciłam wzrok w stronę zachodu słońca. Widać go było jak na dłoni. Raził swoimi barwami zza zielonych jeszcze gałęzi. Odetchnęłam głęboko, wciągając świeże, leśne powietrze.
        Cudowna chwila.
        Jednak dzień kończył się błyskawicznie. Długie, letnie wieczory odeszły już dawno w zapomnienie, a zapadający momentalnie zmrok aż nadto przypominał, że lada moment przyjdzie jesień. Zawołałam psa i wolnym krokiem ruszyłam wzdłuż leśnej ścieżki.
        Nieprzypadkowo wybrałam się na ten spacer. Ostatnimi czasy tyle się działo, że zaczęłam tęsknić za takimi spokojnymi, refleksyjnymi wieczorami. Pierwsze trzy dni szkoły minęły mi błyskawicznie, w co sama nie mogłam uwierzyć.
        Otwartość ludzi w Zmroku powaliła mnie na kolana. Nie, żebym wcześniej miała ich za bandę wieśniaków. Uważałam po prostu, że w tak małej szkole nie sposób jest przebić się przez mur zawartych wiele lat temu przyjaźni. Doznałam bardzo przyjemnego szoku.
       - Jesteś Iza, tak? Nasza nowa amerykańska koleżanka.
       - Miło cię poznać! Dlaczego postanowiłaś zawitać w nasze skromne, polskie progi?
       - Ile bym dała, żeby móc żyć w Stanach! Opowiadaj, jak tam było?
       Z uśmiechem podchodzili do mnie i zagadywali. Po wtorkowej ciszy nie spodziewałam się szybkiego nawiązania kontaktów z nową klasą, a tu proszę. Wydaje mi się, że bali się kontrastu między nami. Tak, jakby życie w innym kraju mogło zmienić człowieka!
       A może mogło...?
       Szłam leśną ścieżką, bigiel biegał jak szalony. Myślałam o tym, co przytrafiło mi się w tym pierwszym tygodniu szkoły.


       - Smakuje ci? W stołówce w Stanach pewnie jadałaś lepsze frykasy. - Uśmiechnęła się zielonooka dziewczyna i wzięła łyk kompotu truskawkowego.
       - Zdziwiłabyś się. - Odwzajemniłam uśmiech. - Uwielbiam polskie jedzenie . Miło jest do niego wrócić - rzekłam, patrząc na leżące na moim talerzu pierogi ruskie.
        Pamiętałam ją. Chodzę z nią do klasy, na WOS-ie siedziałyśmy w jednej ławce. Sprawiała wrażenie prostolinijnej i wesołej dziewczyny, miała bystre spojrzenie.
        - Wolne? - spytała, patrząc na krzesło po drugiej stronie stolika.
        - Jasne - rzekłam z bladym uśmiechem - Raczej nikt nie śpieszy się, żeby poznać amerykańską przybłędę - rzuciłam. Czasem po prostu nie potrafię w porę ugryźć się w język.
       - Nie myślimy tak o tobie - rzekła stanowczo, choć oczy jej się śmiały. - Raczej ostrożnie badamy nieznany teren. - Uśmiechnęła się. - Julia jestem.
       - Iza. - Odwzajemniłam uśmiech.
       - To wiem - zauważyła - Nauczyciele powtarzają twoje imię jakieś dziesięć razy na lekcję.
       - Jest aż tak źle? - Uśmiechnęłam się blado, biorąc kęs pieroga. - Nie myślałam, że aż tak będzie im zależało na mojej aklimatyzacji.
       - Spokojnie, oni tak zawsze. Choć z drugiej strony może to i dobrze - rzekła, ale nie znalazłszy zrozumienia na mojej twarzy, dodała - Sama chyba przez długi czas nie chciałabyś zawrzeć z nami znajomości. Co jest dziwne, biorąc pod uwagę to, że rozmawiasz ze mną i wcale nie wydajesz się być nieśmiała - Przyjrzała mi się uważnie.
       - Bo nie jestem - Zaśmiałam cię - Po prostu niezbyt fajnie zaczęłam nawiązywanie nowych znajomości w Zmroku.
       Tuż po wypowiedzeniu tych słów wypatrzyłam w tłumie wysoką postać chłopaka o kruczoczarnych włosach, który, jak na zawołanie, zjawił się w drzwiach stołówki. Jego ciemne oczy szukały najwyraźniej wolnego stolika. Gdy szedł w moją stronę, nasze spojrzenia na moment się spotkały. Szybko odwróciłam wzrok.
       Julia nie potrzebowała nic więcej.
       - Kto, Adam? Daj spokój, nie zawracaj sobie nim głowy. To trudny chłopak. - Uśmiechnęła się, patrząc na niego.
       - Słucham? - Nie zrozumiałam, o co jej chodzi. - Nie myślisz chyba...
       - Spokojnie, nie masz się czego wstydzić. Wiele dziewczyn o nim myśli - rzekła, jak gdyby nigdy nic i wzięła kolejny łyk kompotu.
       Poczułam się, jakby ktoś wylał na mnie kubeł zimnej wody.
       - To nie tak - zaoponowałam, być może troszkę za głośn0. - Praktycznie go nie znam, jest mi a b s o l u t n i e obojętny - zapewniłam ją. - Po prostu miałam z nim niemiłe przejścia. - Spuściłam wzrok na samą myśl o tych feralnych zajęciach koła teatralnego.
       - Aha, rozumiem - rzekła, choć bacznie mierzyła mnie wzrokiem - Jak już mówiłam, to trudny chłopak. Nie przejmuj się. - odparła i wyjęła z kieszeni komórkę. - Cholera, znowu chrzani się szkolne Wi-Fi - rzekła bardziej do siebie, niż do mnie.
       - Co miałaś na myśli, mówiąc, że Adam to trudny chłopak? - spytałam nagle po kilku minutach ciszy.
       - Słucham? - Nie zrozumiała. - A, Adaś. To długa historia. - Uśmiechnęła się tajemniczo, wciąż wpatrzona w wyświetlacz swojego smartfona.
       Przez dłuższą chwilę zastanawiałam się, co jest grane. Czy jestem w ukrytej kamerze?
       - Chciałabym ją poznać - nalegałam zdeterminowana. Z całych sił pragnęłam poznać przyczynę jego dziwnego zachowania. Dlaczego? Nie miałam pojęcia. Może chciałam po prostu upewnić się, że to ja nie jestem tą przyczyną. Że nie potraktował mnie jak trędowatą emigrantkę. Nie rozumiałam tylko, dlaczego tak bardzo mi na tym zależało.
       - Znasz go? - spytałam, starając się, żeby moje słowa wypadły jak najbardziej naturalnie.
       - Pewnie, że tak. Wszyscy się tu znamy. Adam to dziwny chłopak. Choć może na takiego nie wygląda. - Zaśmiała się radośnie. - No wiesz, te jego kruczoczarne włosy i oczy...- Zrobiła śmieszną minę, jak fanka, która wzdycha na widok swojego idola. - No wiesz, wydaje się być ideałem. Idealnym materiałem na przyjaciela, chłopaka, ucznia. Rzeczywistość wygląda trochę inaczej. Każdy, komu pozwolił się poznać, przyzna mi rację.
       - Pozwolił się poznać? - Teraz to ja zrobiłam głupkowatą minę, jak przedszkolak, któremu nauczyciel tłumacz algebrę.
       - Taki już jest. - Wzruszyła ramionami. - Nikomu nie daje się do siebie zbliżyć, odkąd... - przerwała, wpatrzona w wyświetlacz.
       - Odkąd...? - Nie dawałam za wygraną. Zaintrygowała mnie.
       W stołówce rozległ się dźwięk dzwonka.
       - Wiesz Iza, muszę już lecieć. Śpieszę się - rzekła uradowana, wstała od stolika i chwyciła torbę. Mogłabym przysiąc, że jej nagły entuzjazm ma związek z sms-em, którego przed sekundą odczytała.
       Ale ja byłam przecież pierwsza.
       - Proszę, dokończ to, o czym mówiłaś - rzekłam błagalnie, również podnosząc się z krzesła.
       - Iza, i tak już za dużo powiedziałam. To nic, czym powinnaś się interesować, naprawdę. Daj sobie spokój - rzekła, uśmiechając się blado i pobiegła w stronę drzwi.
        Siadłam na krześle i ukryłam twarz w dłoniach. Może faktycznie jestem dla nich trędowata?



***


       Tamtego popołudnia znów wiał silny wiatr. Może nawet silniejszy, niż poprzednio. Gdy opuściłam gmach szkoły, moje włosy fruwały we wszystkich kierunkach. Jedyne, o czym marzyłam, to schronić się w cichym, mało przytulnym autobusie. Ruszyłam w kierunku przystanku.
       O co jej, do diabła, chodziło? To miasto z każdym dniem wydaje mi się coraz dziwniejsze. Jak bardzo dziwny jest Pan Idealny? I dlaczego Julka nie chciała mi powiedzieć? Głowa pękała mi od tego wszystkiego. Z ulgą ujrzałam autobus wyłaniający się zza rogu i Bóg jeden raczy wiedzieć, dlaczego właśnie wtedy zrobiłam to, co zrobiłam.
       Już miałam wchodzić do pojazdu, jednak potknęłam się, a z rąk wypadł mi mój portfel. Niechętnie schyliłam się, by go podnieść, a gdy uniosłam głowę i rozejrzałam się dookoła, na chodniku po drugiej stronie ulicy ujrzałam wysokiego szatyna.
       Adam szedł tyłem z dala ode mnie, ale jego postawę poznałam błyskawicznie. Pomyślałam, że drugi raz z rzędu widzę go idącego po szkole w tamtym kierunku. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ostatnim razem wylądował na cmentarzu.
       Zawahałam się.
       Byłam naprawdę zmęczona i sfrustrowana dzisiejszym dniem. Wiatr smagał moje włosy, a ja marzyłam tylko o tym, żeby związać je w koka, położyć się do łóżka, zamknąć oczy i po prostu odpocząć. Z drugiej jednak strony ten chłopak mnie intrygował. Nie miałam pojęcia, dlaczego, ale chciałam poznać przyczynę jego dziwnego zachowania.
       Bo czy można być takim dupkiem bez żadnego powodu?
       - Hej, panienko, wchodzisz czy nie? - Usłyszałam zniecierpliwiony głos starszego pana za kierownicą autobusu.
       - Nie, jednak zmieniłam zdanie. - Uśmiechnęłam się słodko i wycofałam się. Za plecami usłyszałam tylko brzdęk zamykanych drzwi autobusu.
       Westchnęłam głęboko i zmierzwiłam włosy. Autobus odjeżdżał na moich oczach.
       Co ja właściwie wyrabiam? Naszła mnie ochota na zabawę w detektywa? Adam ma swoje życie, swój charakter i swoje problemy, a mi nic do tego. Doskonale zdawałam sobie z tego sprawę. Byłam jednak tak zaintrygowana, że nic nie było w stanie odciągnąć mnie od tego głupiego pomysłu. Nic nie poradzę na to, że jestem ciekawska.


*** 


       Biegłam prawie całą drogę. Adam przebierał swoimi długimi nogami zdecydowanie szybciej, niż ja moimi. Raz na jakiś czas pojawiał się na horyzoncie, częściej jednak znikał, a ja biegłam jeszcze szybciej, modląc się w duchu, aby nie zniknął mi za kolejnym zakrętem. Z ulgą ujrzałam ozdobną bramę cmentarza.
       Nie miałam przygotowanego planu działania, jak zawsze zresztą, gdy robię coś niespodziewanego. Weszłam na teren cmentarza i długo błądziłam pośród nagrobków. W pewnym momencie Adam zniknął z mojego pola widzenia, a ja krzątałam się dookoła zdenerwowana i zła na samą siebie. Że też zawsze muszę wpaść na jakiś durnowaty pomysł.
       Wtedy go zobaczyłam.
       Stał tyłem do mnie, naprzeciw niedużego, granitowego nagrobka. Spróbowałam przeczytać wyryty tekst, jednak stałam zbyt daleko. Podeszłam więc najciszej, jak mogła. Wśród kwiatów i zniczy moje oczy wypatrzyły słowa:


Anna Krajewska
ur. 1.11.1974 r.
zm. 23.06.2013 r.
 Zawsze będziesz między nami, w pamięci i w sercach pozostaniesz.